Bycze jaja, show-biznes i hipokryzja

Jako, że wielkimi krokami na uniwerku zbliża się sesja (a jako student 11 roku, który usiłuje skończyć studia przed końcem świata jestem żywo tym zainteresowany) na nowo odkrywam  jak bogaty jest internet. Zanim nie musiałem przygotowywać się do egzaminów nawet nie zdawałem sobie sprawy, że tyle ostatnio w sieci pojawiło się programów kulinarnych. Od 2 tygodni pasjami wręcz śledzę losy bohaterów polskiej wersji show MasterChef leżąc na kanapie i wmawiając sobie, że już za chwilę zacznę się uczyć, jak tylko zobaczę kto w kolejnym odcinku odpadnie z rywalizacji. I taka refleksja mnie naszła, że owy show powinien obejrzeć każdy weganin i każdy mięsożerca (czyli w sumie powinien obejrzeć go każdy). Serio zachęcam! Polski MasterChef to pogłębione studium nad szowinizmem gatunkowym, hipokryzją w czystej postaci i stereotypami dotyczącymi jedzenia mięsa.

Pominę już fakt, że litość we mnie wzbudził jeden z odcinków w którym zawodnikom rywalizującym na najlepsze dania wg własnego pomysłu, jurorzy zlecili ponoć arcytrudne zadanie. Otóż wyobraźcie sobie, że mistrzowie patelni musieli się ZMIERZYĆ z daniem WEGETARIAŃSKIM. No doprawdy zgroza! Kiedy to ogłoszono wzrok wszystkich „miszczów” wypełnił się przerażeniem, na czołach sperlił się pot, a w spodniach zrobiło się ciężko (choć tego akurat kamery nie uchwyciły). No faktycznie – pomyślałem – zadanie nie do przejścia! Weźcie się udławcie i spróbujcie kiedyś zrobić kotlety bez jajek, majonez bez żółtka, pasztet wegański, albo zupę bez kury „szefowie kuchni” psia mać! No ale dobra. Nie będę się wyżywał. W końcu nie każdy musi wiedzieć jak smacznie przyrządzać rośliny. Bardziej zszokowało mnie podejście jurorów do jedzenie i przygotowania mięsa.

Wyobraźcie sobie, że całą trójkę wybitnych kucharzy wchodzących w skład tegoż jury oburzył, a nawet zszokował pomysł jednego z uczestników, żeby przyrządzić mięso krokodyla. Z jeszcze większym murem niezrozumienia spotkał się inny gość, który powiedział, że zamierza przygotować na ciepło wiewiórkę. O Boże, co za skandal! Restauratorka Magdalena G. tak rozszerzyła swoje podejrzliwe oczka, że myślałem, że zaraz jej białka wylecą. Jakiś francuz, który kaleczy język polski na każdym kroku z całą powagą stwierdził, że to serio przegina i on w swojej hiszpańsko – francuskiej kuchni nie akceptuje pewnych rzeczy. Nie akceptuje również jedzenia psów, które jest w Azji przecież powszechne. Z kolei inna kucharka, znana z tego, że na ekranach telewizorów do gotowania zachęca głównie swoim biustem i całkiem przyjemną buzią, ze zdziwienia tak szeroko otworzyła usta, że gest ten przestał mieć na chwilę wymiar estetyczny i z powodzeniem mógłby być odtworzony w kinie dla dorosłych.

I niby wszystko byłoby w porządku, bo rozumiem, że nie wszyscy przecież akceptują jedzenie zwierząt (nieprzymierzający np. moi ukochani weganie). No ale do jasnej cholery! Raptem kilka odcinków wcześniej cała trójka święcie oburzonych i czułych na zwierzęcą krzywdę jurorów zbeształa wręcz jedną z uczestniczek za to, że nie chciała pokroić i ugotować całego królika. Zawodniczka wzięła i się popłakała  stwierdzając, że odchodzi, bo nie jest w stanie uciąć śniętemu zającowi ani głowy, ani włochatych jeszcze łap, a później nie jest w stanie go wypatroszyć, serwując następnie całość w sosie warzywnym z przegrzebkami. Co na to zatroskani o los wiewiórek i krokodyli kucharze? Ano opieprzyli ją jak burą samice psa i stwierdzili kategorycznie, że każdy szanujący się kucharz musi umieć przyrządzić i zabić wszystko, czego sobie zażyczy gość lokalu! Doprawdy! Z kolei w innym odcinku owi obrońcy gatunków uciśnionych zachęcali uczestników programu do przygotowania potraw z grasicy cielęcej (występującej u młodych jagniąt karmionych mlekiem matki), byczych jąder, serc świni, policzków cielęcych, byczego antrykotu, ozorów, czy móżdżków. Po czym wszyscy byli zachwyceni jak wybornie smakuje tarta z cielęcym mózgiem i odrobiną szafranu! W programie miałem też mały tutorial jak wrzucać żywego homara do wrzącej wody. Innym razem Magda G. wyraziła pogląd, że jej zdaniem najwykwintniejszym daniem ever jest potrawka z młodych rogów jelonka w orzechach. Całe szczęście, że żal jej wiewiórek i pytonów, bo normalnie uznałbym ją za okrutną!

No co to za kupa hipokryzji. Abstrahuję już od tego, czy ktoś uznaje jedzenie mięsa, czy też nie. Ale zastanawiam się nad tym kto dał tym ludziom prawo do decydowania które gatunki zwierząt zasługują na ucinanie im jąder i podanie w potrawce, a które nie? Kto pozwolił im decydować o tym, które zwierze może zdychać wrzucane do wrzątku, a które może sobie spokojnie hasać po lesie? Co o tym decyduje? Maść, kolor sierści, liczba odnóży, czy własne widzimisię? A może co roku zbiera się jakieś konsylium kucharzy, które pracuje nad listą zwierząt przepysznych i tych, których nikt do ust brać nie powinien? Wkurzyłem się srogo. No albo ktoś do ciężkiej choroby je mięso i przyjmuje ten fakt z całym dobrodziejstwem inwentarza, albo zwyczajnie nie bawi się w ubijanie jakichkolwiek gatunków. Ja nie widzę różnicy, czy ktoś je kotlety z barana, czy ze szczeżui nizinnej. W panierce i tak pewnie będą wyglądać podobnie. No ale na coś się trzeba zdecydować. Albo uznajemy, że można zabijać, albo nie. Hipokryzja i ignorancja to dwie rzeczy, których nie potrafię po prostu przecierpieć. Zatem polecam oglądanie MasterChef’a, szczególnie jeśli zabrakło Wam kawy i chcecie sobie podnieść ciśnienie.

No dobra. Wylałem wiadro pomyj na hipokrytów i trochę mi lepiej. Czas na rzeczy przyjemniejsze, bo sesja sprzyja też pogłębionej praktyce kuchennej. Okazuje się, że zanim się zacznę uczyć muszę zjeść coś dobrego i pożywnego, żeby mieć siłę do pracy umysłowej. Zazwyczaj gotowanie zajmuje mi ze 2 godziny a później siadam z pełną michą przed kompem i włączam MaterChef’a. Nie ważne. Ważne, że się je i to przesmacznie.  Tym razem polecam Wam brukselkę! Wiem, wiem. Mała, lekko gorzkawa kapusta do znudzenia serwowana za młodu może nie jest najbardziej ukochonym daniem gawiedzi. Ale ja ją uwielbiam! Ostatnio zauważyłem na rynku i zapodałem do domu 2 pełne siaty całkiem przyjemnych, zielonych kulek. Przyrządziłem je z kaszą i pieczarkami w sosie własnym. Polecam! Przepis poniżej.

Brukselka z kaszą i pieczarkami.

W tajemniczym pudelku MasterChef’a znalazło się:
- ze 2 garście brukselki
- torebka kaszy
- kilka pieczarek
- średnia czerwona cebula
- sól, pieprz, cukier

Brukselkę trzeba umyć i gotować 10 minut w lekko osolonej i osłodzonej wodzie. W międzyczasie na patelni trzeba podsmażyć pokrojoną w drobną kostkę cebulę. Kiedy się zeszkli wrzucamy do niej pokrojone na słuszne kawałki pieczarki i lekko solimy (wtedy zaczną puszczać wodę). Kiedy już się uduszą i staną się mniejsze, odlewamy sos i oblewamy nim ugotowaną już brukselkę, którą wrzucamy do żaroodpornego naczynia.  Małe kapusyt z sosem lądują na kilka minut w piekarniku. Na ugotowaną kaszę walimy pieczarki z cebulą i podajemy z brukselką z pieca. Danie może nie na miarę MasterChefa, ale nażarłem się jak prosiak.

Weganie już wygrali z kacem! A Ty?

Łeb pęka, pić się chce, gały bolą, światło razi. Nie mam mowy o ruszeniu stopą, a już na pewno nie o wstawaniu z łóżka. No chyba, że do łazienki, bo mocno ciśnie. Na pewno nie ma też mowy o jakiejkolwiek aktywności fizycznej (o umysłowej nawet nie wspominając). Zwyczajny kac. Straszna rzecz, która niestety (tak wynika z kalendarza) będzie się w najbliższych dniach i tygodniach zdarzała wszystkim często. Sylwester to było jedynie preludium. Boję się nawet myśleć co wywiną Ci, którzy przezornie wzięli sobie w pracy wolne 3 stycznia i do 7 mają spokój. Oj kusi, żeby wyjść gdzieś i zaszyć się w nocy, na parkietach i przy barze, nie zwracając za bardzo uwagi na konsekwencje (szczególnie na to, o której i gdzie przyjdzie wstawać). Norma, nic odkrywczego. Muszę jednak o kacu napisać nieco więcej, bo śmiem twierdzić, że weganie są przygotowani na konsekwencje dnia następnego w sposób o wiele bardziej przebiegły i cwany niż ktokolwiek inny. Zwyczajnie – dieta wegańska to najlepsza odpowiedź na kaca. Zapomnijcie o żurku i o rosole. To jedynie nieskuteczne plotki, które tylko zmarnują Wam dzień jakimiś pozorami działań.

Żeby wytłumaczyć dlaczego to właśnie weganie są dwa kroki do przodu w walce z kacem trzeba najpierw się zastanowić co to jest ten kac. Może to i truizm, ale nie jeden już poległ na prostszych zagadnieniach (chociażby starając przypomnieć sobie datę powstania warszawskiego), więc może pozbieranie całej tej wiedzy w całość nie jest aż takie głupie.

Kac to zwyczajne konsekwencje metabolizmu nadmiernej ilości alkoholu, którą (za każdym razem nie wiedząc w jaki sposób) przyjęliśmy poprzedniego wieczora, czyli: odwodnienie, hipoglikemia, zatrucie aldehydem octowym i brak snu. Okazuje się, że nasz organizm tak kocha alkohol, że za Chiny Ludowe nie chce go jakoś tak po prostu oddawać, na przykład razem z moczem, czy w oddechu. O nie! W znakomitej większości jest metabolizowany przez wątrobę i (o zgrozo) błyskawicznie przyswajany. Proces wchłaniania zaczyna się już w zasadzie w ustach, a po kilku minutach promile wesoło zaycznają nam wędrować razem z krwią, żeby jak najszybciej trafić pod czaszkę (czego w sumie wszyscy oczekują). Gorzej jest po paru godzinach.

Do metabolizmu etanolu potrzeba jest od metra wody. Dlatego, żeby przetrawić wszystkie toasty wątroba zabiera go sobie zewsząd – nawet z tak dopieszczanego podczas spożywania mózgu. Odwodniony mózg puchnie i zaczyna boleć. Niektórzy nawet twierdzą, że niedobór wody w organizmie związany z kacem jest tak duży, że prawdopodobnie to tak właśnie czują się Ci, którzy umierają z pragnienia. Na domiar złego nasza ukochana wątroba tak radośnie bierze się do trawienia etanolu, że kradnie resztki zapasów cukru z każdego innego organu, żeby zwyczajnie mieć energię. Aldehyd octowy to z kolei uboczny efekt trawienia etanolu. Rano jest go tak dużo w ciele, że jesteśmy nim zatruci (stąd częsta i niepohamowana chęć skosztowania wszystkich wieczornych potraw raz jeszcze – w przeciwnym kierunku).

Jak tamu zaradzić? Nie ma nic prostszego i bardziej wegańskiego – trzeba się nawodnić, odtruć i doładować cukrem, a na końcu wyspać. Dlatego scenariusz wege-poranka na kacu proponuję następujący:

1. Dopadamy kranu i żłopiemy ze 2 litry wody. Banalne. Żadne tam nawadniające, czy izotoniczne preparaty nie wchłoną się tak dobrze jak zwykła woda. Dobrze zaopatrzyć się w kilka butelek wcześniej, szczególnie jeśli ktoś mieszka na przykład w Warszawie, a nie w Łodzi i od wypicie kranówy może się przekręcić.

2. Bardziej cwani z pewnością zaopatrzą się w wegańskie specyfiki na tego typu okazje. Sok pomidorowy jest jak znalazł! Nie dość, że nas nawodni, to jeszcze zawiera dużo potasu, który skutecznie wypłukaliśmy przechylając kilkanaście ostatnich kolejek, albo spędzając kilka chwil w toalecie z głową bliżej podłogi. W zasadzie to nie ma nic lepszego niż sok pomidorowy, albo woda z ogórków. Nie dość, że nas nawodnią, zaopatrzą w potas i minerały, to jeszcze zneutralizują nam nadmiar kwasów. A do tego nie mają w sobie krztyny mięsa, czy nabiału! Żyć nie umierać.

3. Walimy czarną kawę, która powinna pomóc pozbyć się bólu głowy.

4. Jemy dobre śniadanie! Dobre, czyli wegańskie, bo po jakiego grzyba zapychać żołądek czymś, co nam nie pomoże? Jedząc śniadanie walczymy z hipoglikemią dostarczając wątrobie (która w tym czasie walczy jak oszalała) potrzebnej energii. A zatem węglowodany – czysto wegańska specjalność: winogrona, banany (duuuużo potasu), przegryzane pomidorem, albo jabłkiem, do tego jakiś zielony ogór i do smaku oliwki (takie śniadanie przyjmie się zdecydowanie lepiej niż jaja na bekonie, a nawet jeśli przyjdzie go posmakować raz jeszcze to z pewnością będzie to po stokroć przyjemniejsze, niż powtórna peregrynacja przez przewód pokarmowy pogryzionego mięsa i nabiału). Moja propozycja to miks sałat, który pokazuje, na zdjęciu, ale wszystko z osobna też może być!

5. Idziemy na spacer. Nie ma, że boli, że się nie chce! Krótki spacer jest zbawienny, bo świeże powietrze pomaga w odtruwaniu. Gwarantuję, że po takiej małej wycieczce np. wokół domu będziecie czuli się o wiele lepiej.

6. Do wyra. Snu nie zastąpi żadne warzywo i żaden owoc niestety. Trzeba zwyczajnie odespać to, co przebalowało się na parkiecie z koleżanką, lub kolegą zeszłej nocy.

Niby takie to proste, a jak wszyscy się męczą. I po co? Po co drzeć się wniebogłosy, że boli, że źle i że już nigdy więcej. Wiadomo, że boli, wiadomo, że źle i wiadomo, że „nigdy więcej” oznacza co najwyżej „do przyszłego czwartku”. Trzeba tylko wiedzieć jak sobie z tym stanem radzić, a nic nie pomaga tak dobrze, jak porcja warzyw.  Powodzenia!

Fot: Kirti Poddar, CC

Karp? Nie dziękuję!

Tak się porobiło, że moja próba trwa już od ponad miesiąca. Dokładnie 5 tygodni i 2 dni. W kalendarzu 24 grudnia. Wigilia. Zaraz święta i cały jestem radosny od spotkań ze znajomymi. Ale w tym roku wesoły jestem jeszcze z jednego powodu! Dałem radę! Starałem się żyć jak weganin przez ponad miesiąc. Przez ten czas wiele się zmieniło. We mnie, w postrzeganiu tego co jem, trochę też tego, co robię i w spojrzeniu na innych ludzi. Nie zawsze były to zmiany, których oczekiwałem, albo się spodziewałem, ale zawsze mnie zaskakiwały pozytywnie. O to chodziło.

Za parę godzin wychodzę na wigilię i teoretycznie tu moje wegańskie życie powinno się skończyć. Teraz już wiem, że tak nie będzie. Nie! Nie zmieniłem zdania, co do mojego życia, co do podejścia do zabijania i jedzenia zwierząt. Ale zdałem sobię sprawę, że ludzie jedzą za dużo mięsa. Moim zdaniem krzywda, jaka spotyka zwierzęta w dzisiejszych czasach nie wynika z tego, że mięso jemy, ale z tego, że przestaliśmy hodować krowy, świnie, czy kury, a zaczęliśmy zwyczajnie produkować wołowinę, wieprzowiną, mleko. Ludzie zwyczajnie dawno już przestali się zastanawiać co jedzą i jaki ma to na nich wpływ. Jedzą bez opamiętania, refleksji nad swoim zdrowiem, bez zastanowienia nad tym jaki ma to wpływ na resztę świata. Na śniadanie jajka i bekon, na obiad kotlet, na kolację parówki. I tak bez przerwy. Ostatnio byłem nawet u rodziców na obiedzie. Całe szczęście okazali się równie tolerancyjni dla mojego pomysłu, jak wówczas, kiedy przestałem jeść mięso. Dostałem zamiast zwyczajnego obiadu sałatkę i bagietkę (zrobioną przez mamę specjalnie dla mnie). Ale podczas jedzenia padło jedno zdanie, które bardzo dało mi do myślenia. Otóż mój kochany tata zagaił:
- Maciek! Ale ty przecież nie jadłeś już mięsa wcześniej.
- No tak – odpowiedziałem – ale teraz nie piję też mleka, nie jem jajek i  sera.
- Czyli co???
No jak to co Tato? Całą resztę! Dziękuję Ci bardzo! Uświadomiłeś mi jak bardzo bezrefleksyjnie żyjemy. A jest przecież tyle smaków do odkrycia. Tyle rzeczy do zjedzenia!

Dlatego na diecie wegańskiej zostanę. Będę w ten sposób jadł na co dzień, a na mięso pozwolę sobie raz na jakiś czas – najlepiej tylko w ważne święta. Być może to nie zadowoli tych, którzy wierzyli w moją całkowitą odmianę, ale to i tak dużo. Dlatego z blogiem się nie żegnam i nie żegnam się z tymi, którzy jeszcze tu czasami zaglądają. Jest tyle rzeczy do napisania, tyle przepisów, których w przedświątecznej gorączce nie zdążyłem spisać. Na wszystko będzie czas.

Teraz zasiądę do wieczerzy wigilijnej. I niech ulgą dla prawdziwych wegan będzie to, że karpia nie tknę (choć oczywiście na stole się pojawi). Zwyczajnie nie lubię rybska! Wali to mułem, ości ma od groma i bardziej się człowiek męczy niż najada. Zajmę się raczej jedzeniem grzybowej, pierogów z kapustą i grzybami i kapusty z grochem. Czekałem na to cały rok. Swoją drogą. Boże Narodzenie to chyba najbardziej wegańskie święta. Gorzej będzie na wiosnę, w święta Wielkiej Nocy.

A jakby ktoś chciał zatrzymać klimat świąt na dłużej, to podaję jeszcze przepis na zupę grzybową – całkowicie wegańską. Wymyśliłem ją w zasadzie sam opierając się nieco na różnych przepisach z sieci. Miałem na jej zrobienie tak ze 3 godziny, po tym jak znajomi oznajmili, że na spotkanie świąteczne mnie nie wpuszczą, jeśli czegoś nie przyniosę (dzięki Maćku). Okazało się to banalnie proste. A jeszcze gdyby suszone grzyby nie były takie drogie to i grzybowa mogłaby być tania jak barszcz! Wesołych Świąt! Niech Wam się szczęści, życzę wszystkim dużo łask Bożych i nie zastanawiajcie się ile jecie przy rodzinnym stole. Czasami tylko zastanówcie się co jecie. Najlepszości od NeoVeganina!

PS
Na zdjęciach prezentuje jakich cudów przed Wigilią dokonuje Agatka. Soja po grecku? Proszę bardzo! Paszteciki z grzybami? Oczywiście!

Zupa grzybowa

2 grzyby w barszcz:
60 g suszonych prawdziwków
włoszczyzna
brązowe pieczarki
2 średnie cebule
1 papryka
makaron
liść laurowy
ziele angielskie

Prawdziwki trzeba sparzyć wrzątkiem i moczyć w tej wodzie przez co najmniej 40 minut. W tym czasie, na sporej porcji oleju  trzeba podsmażyć na patelni posiekaną w kostkę cebulę i drobno pokrojoną paprykę. Potem dodajemy pokrojone pieczarki i smażymy, aż zmaleją i „oddadzą” wodę. Wcześniej powinniśmy też zrobić bulion warzywny (ewentualnie na 1,5 litra wody wrzucić 3 kostki grzybowe – choć jak to później smakuje nie wiem – nie próbowałem). Po podsmażeniu warzyw i pieczarek zawartość patelni wrzucamy do czystego bulionu (bez włoszczyzny). Gotujemy 10 minut i miksujemy wszystko, co da efekt zabielenia zupy bez użycia nabiału. Namoczone prawdziwki gotujemy jeszcze 20 minut i wlewamy do zblendowanej zupy. Teraz przyprawy – stłuczone ziele angielskie, kilka liści laurowych, sól, pieprz. Całość znów ląduje na gazie na 15 minut. Najlepszy smak będzie, jeśli zupa ostygnie i znów ją podgrzejemy.

O najlepszych

Po trzech dniach skończyła mi się kilka litrów zupy cebulowej, które zrobiłem. Drugiego dnia, pod wieczór miałem już jej dość! Mimo że w sumie lubię cebulową, mimo że mi smakuje, to jednak na dłuższą metę jest nie do zdzierżenia . Mniej więcej przedwczoraj skończył mi się makaron. Tak – również ten, który kupiłem w ramach akcji „oszczędność”. Makaron z pomidorami, marchewką, czymkolwiek, szpinakiem (ze szpinakiem był najlepszy – odwrotnie proporcjonalnie do jego wyglądu). Generalnie monotonia i rutyna. Dużo owoców (głównie jabłek). Ale to nie dlatego, że chciałem rzeczywiście zaciskać pasa. Zwyczajnie życie i ciągły pośpiech dociskały. Nie było czasu na zawzięte fotografowanie każdego posiłku, czy zastanawianie się nad tym co jem. Ale ani razu się oczywiście nie złamałem. Trochę już chyba dieta wegańska mi spowszedniała i nie stanowi tak wielkiej rewolucji. Ciągnę już przecież 4 tydzień, a zatem nabrałem nawyków, przyzwyczajeń. Już nawet nie patrzę na sklepy mięsne, ani na półki z kabanosami. I w sumie dobrze mi z tym. Odkąd zacząłem się mierzyć z weganizmem, spróbowałem takich cudów na kiju, które były przyrządzone tylko z roślin, że mam wrażenie, że ten temat nigdy się nie wyczerpie. Co chwila słyszę pytania „A próbowałeś już tego? A tamtego? A ten przepis znasz? A próbowałeś to robić inaczej?” . Przednio. Okazuje się, że można! No i jeszcze jedna ważna rzecz. Znajomi już całkowicie się przyzwyczaili. Doskonałe to uczucie, jak już nikt o nic nie pyta, nie musisz wyjaśniać. Ot tak, po prostu. Nawet są i tacy, którzy chyba znajdują satysfakcję w tym, że na imprezę przyplątał się jakiś dziwak, który daktyli w boczku nie zje, za to koreczki wegańskie (zrobione specjalnie dla niego, co oczywiście zazwyczaj jest komunikowane z dumą) wpiernicza jak dziki. Bo ludzie są chyba najważniejsi w całej tej próbie. Dlatego pomyślałem, że w końcu warto napisać parę zdań o osobach, o których już trochę wspominałem, ale bez których nic by nie wyszło, nic by się nie zaczęło i na pewno nie trwałoby tak długo.

Agata. Od niej wszystko się zaczęło. To z nią pierwszą tak naprawdę zacząłem rozmawiać o weganizmie na serio, z zainteresowałem. Przeszła na weganizm niewiele wcześniej ode mnie. Wcześniej jednak przez lata była wegetarianką, co daje jej absolutną przewagę nade mną (jeśli w ogóle można mówić o porównaniach). Agatka jest osobą absolutnie dobrą i spokojną. Ile cierpliwości wymagały od niej pierwsze dwa tygodnie mojej diety!? Ciągłe pytania, wątpliwości, telefony: „Czołem! Krótka piłka. Gdzie kupię mleko sojowe?” i takie tam. Do tego ciągła chęć konfrontowania każdej myśli – koniecznie z nią. Mam wrażenie, że trochę się martwiła, żebym z głodu nie umarł, bo na początku dostawałem od nie prezenty w postaci wege-barszczu od mamy z Radomia, pasztetu sojowego, tofu itp. Później uczyła mnie robić majonez i pasztet z ciecierzycy. Z anielską cierpliwością tłumaczyła na czym polega sedno weganizmu, podpowiadała miejsca, gdzie można zjeść na mieście i podsyłała wykłady o weganizmie. Nie mam jeszcze bladego pojęcia jak się jej odwdzięczę, ale już dzisiaj obmyślam sposoby na zgrabne omijanie tematu jedzenia, kiedy za jakiś czas zjem jajecznicę. No w oczy chyba jej nie spojrzę!

Natalia i Ewa. Natalia to 2 osoba, która wchodziła ze mną w dyskusje o weganizmie. Dzielnie wspierała Agatkę dopowiadając czasem coś z boku. Razem z Ewą tworzą dla mnie trochę legendarny duet. Oto mają opinię person, które potrafią z roślin zrobić wszystko. Słyszałem pokątnie na przykład o wegańskiej jajecznicy z marchewki, która smakuje może nie identycznie, jak zwykła, ale na pewno bardzo podobnie, co i tak jest fascynujące (przerażające trochę też). Nie wiem ile w tym prawdy, ale chciałbym się kiedyś przekonać. Na razie jednak dzięki Natalii i Ewie będę miał szansę się wypróbować. W weekend, późnym wieczorem (przechodzącym chyba już w ranek) zaprosiłem je na kolację. Kiedy rano z wielkim trudem to sobie przypomniałem, poczułem się trochę tak, jakbym zaprosił papieża na chawirę, żeby sprawdził czy dobrze się prowadzę (albo przynajmniej biskupa). A najgorsze jest to, że umknął mi jeden szczegół – na kiedy się umówiłem.  Trzeba to ustalić jak najszybciej, bo jaram się jak głupi tym spotkaniem. Mus ugotować coś szczególnego.

Agata. Tak, to inna Agata. Generalnie ostatnio nawet policzyłem, że w sumie znam osiem Agat (się popularne imię zrobiło). Teoretycznie nie powinienem chyba o niej pisać, a przynajmniej ustawiać jej w jednym rzędzie z true-weganami.  Zero zrozumienia dla tego co robię, zero akceptacji. Po prostu – zwyczajna i nieopanowana szydera. Stopień kpin z weganizmu był na początku bardzo wysoki, a nawet jak się atmosfera robiła nieco mniej luźna i rozmowy zaczęły być nieco bardziej poważne, to i tak zawsze kończyły się konkluzją w stylu „Serio! Nie kumam tego!”. Jednym słowem zderzyłem się ze ścianą. I chyba dobrze mi tak, bo dokładnie taką samą, jaką i ja kiedyś byłem. Rzecz jasna, w żaden sposób nie przeszkadzają mi kpiny i żarty Agaty. Wiem, że tak musi być i już. Ale to właśnie one pozwoliły mi choć trochę wyobrazić sobie to, co musieli czuć wegetarianie, kiedy parę lat temu rozmawiali ze mną. No na poważną rozmowę liczyć nie mogli. Najwyżej na serię kpin i dowcipów (czasem nawet niezłych prawdopodobnie ;) ). Jednak ostatnio stał się cud! W ramach wieczornego piwa przybyła do mnie i razem z koleżanką zrobiły zupę. Usłyszała, że jakieś przeziębienie za mną łazi i stwierdziła, że zupę mi zrobi! Ostrą, pomidorową wegańską! Taka z niej dobra dziewczyna! Znaczy – mięknie. Tylko patrzeć jak zacznie jej smakować trawa.

Takich to rewelacyjnych ludzi spotkałem w życiu. Tak! Chwalę się. Przechwalam nawet, bo  życzę wszystkim wokół siebie samych podobnych osób, które pomimo całkowicie odmiennych przekonań potrafią nie tylko zaakceptować inność, ale też do czegoś zainspirować. Albo swoją niezłomnością wystawić na niezłą próbę.

Przepisy sobie dzisiaj daruję i dam coś bardziej oryginalnego, kiedy zacznę się z czymś ciekawym mierzyć. Tak czy inaczej wracam! W planach między innymi naleśniki i analiza wegańskiej wigilii. Aha! No i pospieram się w końcu z weganami ideologicznie nieco.

Po taniości!

No to jest lekki wałek. Sięgnąłem ostatnio do kieszeni i okazało się, że szału nie ma! Jest słabiej niż myślałem, bo znalazłem w niej tylko gumy do żucia, 20 zł, połówkę 50 szylingowego banknotu z Kenii (jakieś 40 ec, czyli 1 zł i 48 groszy – pod warunkiem, że w kantorze przyjmą mi połowę banknotu) i trochę drobniaków, w tym jeden chiński Yuan (wartość jedynie sentymentalna). Zalogowanie się do konta w banku i szybki rzut oka na kalendarz nie pozostawiły złudzeń – do Dnia Radości niecały tydzień. I teraz tak: kont bankowych w Szwajcarii nie ruszę (bo zablokowali mi tel., który służy jako token), udziałów w firmie i papierów wartościowych nie upłynnię (bo cholera związki zawodowe zaczną się burzyć), jachtu na Adriatyku też nie sprzedam (bo to długo trwa)… I tak w kółko. Same problemy! Ale tak sobie pomyślałem, że jest to jednak pewna szansa. Bardzo dużo osób pytało mnie jak dieta wegańska wychodzi finansowo. I mało kto mógł uwierzyć, że o wiele taniej niż zwykła! „Ale jak to? Przecież sam mówiłeś, że parówki sojowe 8 zł trzeszczą, a mleko sojowe to jakiś kosmos z górnej półki.” Niby prawda, ale w weganizmie najpiękniejsze jest to, że wcale nie trzeba udawać. Nie trzeba od razu koniecznie imitować mięsnych dań, żeby było smacznie. I nie trzeba żywić się wszechpotężną soją.

Dlatego wczoraj zrobiłem eksperyment. Wziąłem to, co miałem w kieszeni i poszedłem na miasto z mocnym postanowieniem kupienia jak największej ilości żarcia ze nieco ponad 20 zł. Się zobaczy, czy da się na tym pociągnąć tydzień. Efekty?

Pierwsze kroki musiałem skierować do budki z warzywami w samym centrum miasta (moja okolica), a zatem nie było najtaniej jak się da. Normalny zieleniak, gdzie ludzie sprzedają wszystko i nie koniecznie są rolnikami. Mam wrażenie, że na regularnym rynku byłoby taniej. Pozwolę sobie wymienić co kupiłem: kilogram ziemniaków, 3 marchewki, pół kilo jabłek (kosztele w tym roku są niewiarygodnie dobre), 13 cebul, pora, koperek i czosnek. Do zapłacenia: 8,45!!!

No ale plany przecież były o wiele bardziej ambitne. Nie na samych warzywach człowiek chce jechać. Dlatego kolejnym celem była pobliska Biedra (jak jadłem mięso, to też się tam stołowałem). Rachunek opiewał na kwotę 9 zł i 4 grosze. Co można za to dostać? A czego nie można? Ja kupiłem kilogram mąki, puszkę groszku, puszkę pomidorów, bochenek chleba i kilogram makaronu. Niestety odstawić musiałem chrzan, bo przy kasie doczytałem, że zawiera laktozę (no po cholerę ja się pytam?). Jedyne, czego w Biedrze akurat nie mieli to kasza jaglana. Poszedłem więc do jeszcze jednego zieleniaka (takiego, który jest na każdym osiedlu, a do którego nigdy się nie chodzi, bo wszyscy wiedzą, że tam mają najdrożej) i kupiłem pół kilograma kaszy za jakieś 3 złocisze. Generalnie za wszystko, razem z kupionymi warzywami zapłaciłem 20 złotych i 49 groszy. A wyszedł z tego pokaźny stół żarcia, które mógłbym jeść tydzień ze sporym zapasem.

Niestety nie ma tak prosto. Przecież nie będę wpierniczał codziennie jabłek, przegryzanych porem z rozgotowaną kaszą. Ma być smacznie! Dlatego wieczorem rzuciłem się na to, z czym od jakiegoś czasu chciałem się zmierzyć – prawdziwie polski, wegański (czy to w ogóle możliwe?) obiad. Taki z zupą i z drugim, tradycyjnym do bólu daniem. Jednym słowem musiały być pyry, surówka i kotlet! Efektem 2 godzin spędzonych w kuchni okazała się zupa cebulowa, gotowane ziemniaki z surówką z marchewki i jabłka i kotlety z kaszy jaglanej. Wszystkie przepisy i zdjęcia moich wyczynów daję na końcu.

Generalnie pełen sukces. Przez najbliższy tydzień tak naprawdę (gdyby rzeczywiście do wypłaty zostało mi 20 zł) miałbym co jeść*. Dokupować musiałbym jedynie świeży chleb, ale i bez niego dałoby się radę, wcale nie ograniczając się w jedzeniu i nie głodując.

Dlatego od teraz, jeśli ktoś mi powie, że ludzie jedzą mięso, bo jest tanie i nie stać ich na nic lepszego, to będę zwyczajnie się śmiał. Hołk!

Zupa cebulowa

W rolach głównych
Od groma cebuli (tak ze 13 średnich)
warzywa na bulion (albo bulion warzywny w kostce)
olej roślinny
mąka pszenna
sól i pieprz
majeranek
kilka kromek chleba

Wszystkie cebule trzeba obrać i pokroić (nie trzeba grubo – np. w półksiężyce). W międzyczasie w garnku gotujemy bulion, albo 2 litry wody z kostkami warzywnymi. 10 pokrojonych cebuli trzeba wrzucić do gara i ugotować, aż staną się miękkie. Później miksujemy całość blenderem. Resztę cebuli trzeba podsmażyć na oleju (na złoto), a na koniec smażenia trzepnąć w patelę łyżkę mąki i zrobić zasmażkę. Jak już, to wsad patelniany powinien wylądować w zmiksowanej zupie, która musi jeszcze się tak z 5 minut pogotować. W tym samy czasie na patelni można zrobić grzanki z pokrojonego chleba. Wszystko.

Kotlety z kaszy jaglanej (nie będę się wydurniał i pisał, że ziemniaki trzeba ugotować, a marchew zetrzeć z jabłkiem)

Zamiast mięsa:
250g kaszy jaglanej
mała cebula
bułka tarta
olej roślinny
sos sojowy

Trzeba ugotować kaszę jaglaną (w necie można znaleźć jak) i poczekać aż wystygnie. Na patelni przesmażyć pokrojona w drobną kostkę cebulę i wrzucić do miski, razem z chłodną już kaszą. I zaczyna się zabawa. Żeby ulepić kotlety bez żadnego lepiszcza w postaci jajek trzeba być w tej dziedzinie biegłym. Ja za 4 chyba razem nabrałem nieco wprawy, co pozwoliło mi usmażyć w miarę równe kule. Zanim jednak kotlety położy się na patelni trzeba obtoczyć je w bułce tartej. Podawać w towarzystwie ziemniaków i surówki.

*W domu miałem już olej, bułkę tartą, sos sojowy i kostki warzywne. No ale każdy tam coś ma w domu, więc nie będę się wygłupiał i wliczał do rachunku.

Kilka refleksji znad miski z zupą

Jak to jest w ogóle możliwe, że w szkołach nie uczy się o takich podstawowych rzeczach jak żywienie? Cholera jasna! Po podstawówce znałem stolice wszystkich państw na świecie, pół tablicy Mendelejewa razem z liczbami atomowymi pierwiastków, a po liceum wiedziałem, kto i po co walczył pod Romanowem. Ale nie miałem zielonego pojęcia co jeść, żeby po 40 latach życia nie wysiadła mi pikawa, albo krew mnie nie zalała. Po prostu dzieciakom się nie mówi np. o tym, że nie wszystkie owoce są wybitnie zdrowe, a na niektórych można się nieźle upaść. Nikt nie tłumaczy, że jak się będzie dzień w dzień jadło schabowego i parówy na kolacje, to trzeba być gotowym na mroczki przed oczami przy próbie dogonienia tramwaju. Przez kilkanaście lat nauczyciele i profesorowie opowiadali mi o korpuskularno – falowej teorii światła, kalorymetrach i innych pierdołach, ale nikt mnie nie nauczył patrzyć na skład jedzenia, które kupuje w sklepie. Musiałem przejść na wegańską dietę do cholery, żeby podjąć refleksję o tym co wrzucam do gara. Znaczy oczywiście wiedziałem doskonale, że jak będę często wsuwał hamburgery w Maku, albo pizze, to dobrze nie będzie. Ale na Boga! Wiedza o tym, że winogrona nie należą do najzdrowszych owoców na świecie nie była dla mnie tak oczywista jak nazwy wszystkich dopływów Wisły.

Już nie wspomnę o tym, co dzieciakom podają w stołówkach. Przecież podawanie w takich miejscach warzyw jest zwyczajnie tańsze od serwowania wątpliwej świeżości kotleta, którego i tak zakopuje się widelcem pod ziemniakami. Jak to w ogóle się kalkuluje?

Nie wiem czy to od tego zdrowego jedzenia taki zatroskany o losy i przyszłość Rzeczypospolitej się zrobiłem, czy zwyczajnie już mi odbiło, ale autentycznie się zirytowałem. Trzeba było tych studiów pedagogicznych nie rzucać po 8 latach to może miałbym teraz życiową misję. Taka to porcja zwykłego rozwścieczenia na koniec weekendu, która przyszła po rozmowie ze znajomymi w Barze. Generalnie mam wrażenie, że od 2 tygodni każda moja rozmowa z kimkolwiek w którymś momencie schodzi na kulinaria i weganizm. Jeszcze w poniedziałek bardzo mnie to irytowało. Teraz już chyba przywykłem.

Nie ważne! Ważne, że w weekend jakoś się ogarnąłem i w końcu zrobiłem obiecywaną sobie od dawna zupę. Z efektem wręcz kosmicznym. Wegańskie zupy są po prostu banalne! Kiedyś myślałem, że gotowanie zwykłych zup to jakaś wyższa szkoła jazdy i żeby tę tajemną wiedzę posiąść trzeba skończyć gastronomika co najmniej. Później okazało się, że żadna to sztuka wrzucić kawał mięcha do saganu z włoszczyzną i czekać. A teraz okazało się, że może być jeszcze prościej i jeszcze szybciej. Co prawda pomogłem sobie bulionem warzywnym w kostce (tak, sprawdziłem skład), ale pewnie gdybym miał nieco więcej czasu to rzuciłbym się na samodzielne gotowania wywaru z warzyw. Przepis oczywiście podaję na końcu.

Niestety. Moje kulinarne sukcesy całkowicie zmiażdżyła i pogrążyła Asia, o której już wspominałem. Otóż zrobiła coś wprost genialnie prostego, smacznego i zaskakującego – wegańską czekoladę (znów się niepokoję tym, jak bardzo podobnie do zwykłych smakują rzeczy wegańskie)! Smakiem przypomina zwykłą czekoladę kokosową, bo jednym ze składników jest olej kokosowy. Wyglądem niestety nic nie przypomina, ale Asia jest już świadoma, że jeśli w przyszłości będzie miała kaprys wydania książki kucharskiej to zatytułuje ją „Jedzenie, które smakuje lepiej niż wygląda”. Tak czy inaczej nie mogłem wymarzyć sobie lepszego niedzielnego wieczoru niż filiżanka białej kawy (sojowe) przegryzana czekoladą. Przepis również poniżej. Smacznego!

Pomidorówa (przepis oparty gównie na blogu kreacjawkuchni.blogspot.com)

Co poczeba?
4 pomidory
łyżka koncentratu pomidorowego
papryka
większa cebula
2 marchewki
ząbek czosnku
świeży lubczyk
olej roślinny
2 kostki warzywne
sól i pieprz
bazylia i czerwona papryka (jak kto woli)

Bierze się gar i gotuje w nim 1,5 litra wody. W międzyczasie na sporej porcji oleju trzeba podsmażyć cebulę. Później dorzucić do niej paprykę i też podsmażyć (to ważne, bo taka papryka na oleju doda całkiem niezłego smaku całej zupie). I dalej do tej samej patelni wpierniczamy pokrojone w kostkę pomidory, marchewki potraktowane tarką, drobno posiekany ząbek czosnku i łychę koncentratu. Wszystko dusimy kilka minut. 

Woda się pewnie już zagotowała, to ciach do niej dwie kostki warzywne i po kilku minutach uduszoną zawartość patelni. Zupę gotujemy kilka chwil, a później zabawa z blenderem, tak żeby zmiksować, ale jednocześnie, żeby zostały jakieś ślady warzyw. Dzięki zmiksowaniu zupa będzie wyglądała jak zabielona. Na koniec rzecz jasna makaron (ugotowany), przyprawy i posiekany świeży lubczyk. I do michy.

Wegańska czekolada

Wsad:
1/3 szklanki oleju kokosowego
1/2 – 3/4 szklanki cukru
na oko kakao
łyżka mleka sojowego
bakalie (co kto lubi)

Olej kokosowy walimy do rondla (raczej taki teflonowy, bo zwykły może oznaczać klęskę). Do tego wsypujemy cukier i rozpuszczamy. Jak już, to dodajemy kakao, żeby zrobiła się gęsta konsystencja (trochę tak jak zamarzający jogurt). Nie można zapomnieć o łyżce mleka sojowego. Opcjonalnie wrzucamy do tego bakalie. Wszystko wylewamy do formy i czekamy jak zastygnie (nawet w temp. pokojowej). Generalnie ta czekolada sporo wybacza. Jak się rozwarstwia to znaczy, że jest w niej za mało kakao. Trzeba jeszcze raz wszystko rozpuścić w garnku i zwyczajnie dodać.  Jeśli jest za słodka to też za mało kakao wsypaliśmy. A jak zbyt gorzka to cukru. Proste!

Dzisiejsze fotografie sponsoruje Konrad Ciok, który udzielił mi kilku wskazówek. Jego blog kulinarny z o niebo lepszymi zdjęciami od moich (niestety niewegański) znajdziecie tutaj.

Ściana której nie da się przesunąć

No i mam za swoje. Się latało po podwórku bez czapki, babrało patykiem w kałuży, nie słuchało mamy to i gardło zaczęło boleć. Choć tak naprawdę miałem nadzieję, że przy takim spożyciu witamin nie czeka mnie choroba przez najbliższe kilka tygodni. Nie wykluczam oczywiście, że jakiś udział w bolącym gardle mają też fajki, które co jakiś czas popalam, ale nie ma na to żadnych dowodów. Tak czy inaczej gardło boli i coś trzeba z tym zrobić. Tak zacząłem się zastanawiać, jakie weganie mogą brać leki? I trafiłem na autentyczną ścianę, której nie da się obejść, ani przeskoczyć, a już na pewno przesunąć.

Oczywiście najprostsze wydawało się sprawdzenie co zawierają tabletki i inne pigułki, które Polacy łykają na potęgę, ale konia z rzędem komuś, kto zrozumie skład Panadolu dajmy na to. No bo skąd ja mam wiedzieć do jasnej cholery z czego pochodzi i jak się uzyskuje kwas stearynowy, powidon, hypromelozę, albo triacetynę? No a to składniki właśnie Panadolu. Dlatego o pomoc poprosiłem (prawie)doktora farmacji – moją niezawodną przyjaciółkę, do której wszyscy znajomi dzwonią jak potrzebują czegoś dobrego na kaszel, albo jakieś bóle (inna sprawa, że zaufanie do niej zostało kiedyś mocno nadwyrężone, kiedy będąc w stanie nietrzeźwym wypaplała się, że czasami poleca leki, których jeszcze nie miała okazji sprawdzić i dopytuje później Bogu ducha winnych znajomych, czy pomogły, żeby w aptece, na dyżurach lepiej pacjentom doradzać). Tak czy inaczej przegadaliśmy srogo temat leków. Z efektem nawet takim, że zainspirowałem ją do napisania artykułu o wegańskich lekach na portal biotechnologia.pl, do którego pisuje. Z niecierpliwością czekam na efekty, choć pewnie nic z tego tekstu nie zrozumiem, ale przynajmniej powieszę sobie w ramce nad łóżkiem.

A propos jeszcze koleżanki farmaceutki to takie ostrzeżenie dla wszystkich. Czasami posiadanie pod ręką telefonu do eksperta w tej dziedzinie jest skrajnie niebezpieczne. Pamiętam, kiedy raz brałem antybiotyk i poszedłem do baru ze znajomymi. Pół wieczora gapiłem się na ich uśmiechnięte twarze samemu nie mogąc zwykłego piwa się napić (koszmar!) Nagle w przypływie błyskotliwości pomyślałem, że zadzwonię do niej o 22:30 i upewnię się, czy rzeczywiście dzioba nie mogę umoczyć. Odpowiedź była bardziej niż satysfakcjonująca. Orzekła, że lepiej jak się nawet upiję, niż miałbym przerwać branie tabletek. Tak mnie ta wiadomość ucieszyła, że z jednego piwka wróciłem do domu o 4 rano w niewyjaśnionych jak dotąd okolicznościach. Także uważajcie!

Ale wracając do leków. Rzeczony Panadol z pewnością nie jest wegański. W składzie ma kwas stearynowy, który otrzymuje się w wyniku hydrolizy (cokolwiek to jest) tłuszczów zwierzęcych. A dodaje się go do tabletki, jako środek poślizgowy i antyadhezyjny (czy jakoś tak), żeby łatwiej się połykało i tabletka nie stawała w gardle.

Nie polecam też Ibupromu, który w tabletce ma wszechobecną żelatynę (tyle z ulotki mogłem zrozumieć). Gorzej jest z Ibupromem Max, który co prawda nie zawiera żelatyny, więc nie znajdziecie jej na ulotce, ale ma w sobie laktozę jako wypełniacz.

Naturalnie żelatyny na potęgę mają też w sobie wszystkie leki w kapsułkach (Ibumy i inne przeciwbólowe dziadostwa), więc też weganie raczej ich nie akceptują. Jedynym ratunkiem jest Panadol Baby w postaci syropu. Niby pocieszające, ale dawka paracetamolu w nim jest pewnie taka, że musiałbym chyba ze 2 butelki na raz wyżłopać, żeby przestało mnie boleć.

Z przeciwbólowych odpada też Codipar, bo tableta zawiera stearynian magnezu, czyli sól magnezową kwasu stearynowego (a ja z chemii zawsze miałem lufy) – oczywiście ze zwierząt.

Idźmy dalej, bo to nie koniec. Jak człowiek jest przeziębiony to nie ma nic lepszego, jak naćpać się jakiejś odpałowej herbatki w stylu Coldrex Maxgrip w saszetkach. I tu dobra wiadomość, bo ekspertka nie dopatrzyła się w niej niczego, co pochodziłoby ze świata fauny. To samo jest z mniej popularnym Febrisanem. Z kolei Coldrex w tabletkach zawiera kwas stearynowy, więc ląduje na czarnej liście.

I tak możn aby wymieniać:
Rutinoscorbin – laktoza jako wypełniacz i stearynian magnezu. Odpada.
Cerutin i Rutinacea – to samo. Odpada.
Mucosolvan – zawiera glicerol, który może być otrzymywany z tłuszczów zwierzęcych. Dno!

Całe szczęście jest coś, co produktów odzwierzęcych nie zawiera, a jest idealne na mój ból gardła, albo na przeziębienie: Cholinex do ssania i Aspiryna (!!!). Można zaaplikować sobie również musującą Aspirynę C.

Ale niech nikt nie myśli, że będzie cwany i jak jakiegoś leku nie może przyjąć doustnie, to poradzi sobie w inny sposób. Mam smutną wiadomość dla takich przebiegłych myślicieli. Wszystkie czopki zawierają tłuszcz stały, który najprawdopodobniej (tak wynika z jego nazwy) jest pochodzenia zwierzęcego. Nie wiem jak Wy – ja za bardzo nie płaczę z tego powodu.

Skład tabletek i syropów to jednak tylko jedna strona medalu. Zupełnie osobną kwestią pozostaje fakt, że każdy, ale to każdy lek wprowadzany na rynek ma obligatoryjny obowiązek być przetestowany – najpierw na zwierzętach, a później klinicznie. I to jest właśnie ta ściana, której ominąć się nie da, bo weganizm to nie tylko dieta, ale sposób życia, który zakłada, że zwierząt nie można wykorzystywać absolutnie w żaden sposób. Dlatego to jest chyba największym problemem. Nie ma na rynku leków nietestowanych na zwierzętach (no może można by znaleźć na Allegro jakieś specyfiki z Mozambiku, ale ja bym raczej nie ryzykował).

Co zatem weganie mogą z tym fantem zrobić? Chyba nic. Mogą jedynie po lekarstwa sięgać w ostateczności, kiedy wszystkie naturalne sposoby już zawiodą. I nie wydaje mi się, żeby to było niezgodne z wege-filozofią, bo jak powiedział kiedyś jeden z najbardziej zaangażowanych aktywistów ALF Gary Yourofsky „lepszy żywy weganin, niż martwy”.

Dlatego całe szczęście, że od bólu gardła się nie umiera i mogę spokojnie pić babciny syrop z cebuli, czekając aż mi przejdzie.

 Fot. wikimedia Creative Commons 3.0/Wurfel

Czerwona fasola i walka ze światowym głodem

To jest wprost niesamowite jak bardzo można się nawpierniczać zwykłą, czerwoną fasolą. Ja wiem, że brzmi to strasznie i nie tak epicko jakbym się najadł polędwicy cielęcej za 40 zł kilogram. Może i nie brzmi dobrze, ale jest do bólu prawdziwe. Nie mam zielonego pojęcia, czy po prostu po 1,5 tygodniowej diecie wegańskiej tak mi się skurczył żołądek, czy od zawsze tak było, ale zjadłem dzisiaj dwie kanapki ze zwykłą pastą z czerwonej fasoli (wg własnego przepisu) i nie jestem w stanie nic dopchać. A na dopychanie przygotowałem się srogo. Nawet zupa miała wesoło bulgotać na kuchence i nic z tego nie wyszło. Nie chce mi się nawet ruszać z domu po selera i marchew. W sumie nic dziwnego, że międzynarodowe organizacje walczące ze światowym głodem stawiają na wegetariańską, albo wegańską dietę. Nie w tym żadnej wybujałej ideologi. Zwyczajnie – jest o wiele taniej i za te same pieniądze o wiele więcej. Taki byłem hardy, że kupiłem sobie nawet dwie puszki fasoli, bo wymyśliłem, że wystarczy na dłużej. No i wystarczy! W sumie to chyba przez najbliższy tydzień mógłbym pisać tylko o paście z czerwonej fasoli, którą zajadam na śniadania, obiad i kolację – tyle tego mam w lodówce. Może i trochę przegiąłem z czosnkiem i walę pewnie teraz niemożebnie, ale jakoś to mnie nie martwi, bo za zaoszczędzone pieniądze na jedzeniu kupiłem całkiem dobrą pastę w Biedrze.

Nie o tym miało być. Miała być kontynuacja testu miejsc, gdzie w Łodzi można zjeść wegańsko. A jest jedno miejsce, które powinno się ozłocić! Granda!

Granda (Rewolucji 48)
W końcu człowiek czuje się jak dawniej! Nie musi robić z siebie debila i zamawiać pół godziny, pytając o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Zwyczajnie – może wejść do knajpy, zamówić to, na co ma się ochotę (z całkowitą pewnością, że do potraw nie dodają zwierząt)  i uśmiechnąć do uroczej barmanki, która z pewnością odwzajemni uśmiech (chciałoby się mieć nadzieję, że to dlatego, że taki niby błyskotliwy i przystojny klient przyszedł, ale chyba jednak nie…) Bez żadnych ciśnień i krzywych spojrzeń.

Absolutnym hitem Grandy jest falafel. Hitem, którego sława wyprzedza, bo słyszałem o nim na długo zanim przestałem jeść mięso (dla tych, którzy nie wiedzą co to jest falafel polecam film instruktażowy w postaci jednego z odcinków Kapitana Bomby o pod tytułem „Kebab” – do znalezienia na YouTube).  Też mi się kiedyś wydawało, że jak kebab, to tylko ostra baranina na grubym. Okazuje się, że można inaczej. Można nawet i na ostro wsunąć chrzaniony kotlet z grochu na cienkim i być zadowolonym. Polecam, szczególnie, że cena przystępna, ale o tym później.

Na pierwsze wziąłem Krem z grochu – dahl. Pikantna, gęsta zupa po której nie miałem ochoty nawet na piwo. Zmieścić mógł się jedynie płatek miętowy, ale wolałem oszczędzić obsłudze zachodu. Myślałem, że do 2 dania będę musiał się zwyczajnie zmusić.

Inną kwestią są ceny. Wprost niebywale niskie. Za 19 złociszy zjadłem dwudniaowy obiad o którym w zwykłej budzie z kebabami mógłbym tylko pomarzyć. Oczywiście w cenę było wliczone piwo. Za samo jedzenie dałem 13 zł! No niech mi ktoś pokarze gdzie można zjeść na przykład pizze za trzynastaka. Jedynym miejscem, które mogłoby stanowić konkurencję dla Grandy jest chyba stołówka studencka na Polibudzie, ale tam ani piwa nie podają, a i atmosfera jest nieco bardziej odpychająca.

W Grandzie podają też w sezonie bezbłędne gazpacho. Co prawda osobiście go nie jadłem, ale polecił mi znajomy smakosz. Najważniejszą rekomendacją dla mięsożerców będzie to, że ów smakosz sam nie jest weganinem. On po prostu kocha dobry smak. Jak tak czasami na niego patrzę, to myślę sobie, że zajebiście jest być tą polędwicą, którą je – z takim szacunkiem, pietyzmem i dostojnością ją pochłania. Gardzi jakimś tam prostymi daniami. Nosz kurde nawet pomidor na kanapki o 13:00 rano, po ciężkiej imprezie musi być równo pokrojony i osolony – taki z niego kozak! Zatem jak on poleca, to w ciemno to biorę!

Dobra! Ale koniec tego łażenia po knajpach, bo niedługo źródełko na koncie się wyczerpie, a do Matki Boskiej Pieniężnej jeszcze daleko. Do testu restauracji wrócę za jakiś czas, a jutro zabieram się za zupy! Na koniec jeszcze prosty sposób na pastę z czerwonej fasoli:

Zapodaj do michy:
puszkę czerwonej fasoli
2 łyżeczki koncentratu pomidorowego
pół ząbka drobno posiekanego czosnku
sól
pieprz
bazylia

Przepis: Zmiksuj! 

Małe oczka wegan i aktywiści z ALF, czyli rajd po knajpach

Jakieś z 13 lat temu zostałem niecnie, podstępnie i zdradziecko zwabiony do Green Waya na Piotrkowskiej w Łodzi. - Chodź! – Mówią znajomi. – Fajnie będzie, pokażemy Ci nową knajpę.
Się dałem nabrać! Jak już się sprawa wysypała, przez cały wieczór miałem wrażenie, że malutkie i przenikliwe oczka wegetarian (istnienia wegan nawet w najczarniejszych myślach nie przypuszczałem) świdrują mi potylice i WIEDZĄ! Oni wiedzą, że to ten pożeracz mięsa. Przez 13 lat moja noga w wegetariańskiej knajpie już nie postąpiła. Powiem więcej! Po tym traumatycznym przeżyciu urodził się w mej głowie taki plan na życie, że jak mi się wszystko już znudzi to założę „Przystanek Mięso” (wtedy Green Way, z tego co pamiętam posługiwał się również nazwą „Przystanek Zdrowie”) i w menu, dla wegetarian będziemy mieli tylko colę z cytryną (w ogóle z owoców to głównie cytrynę do herbaty mieliśmy serwować). No i koniec marzeń, panów i wizji. Coś nieprawdopodobnego. Teraz ta właśnie knajpa, którą przez lata omijałem na wszelki wypadek od strony pasażu Rubinsteina, stała się jedną z nielicznych przyjaznych dla mnie przystani (w sumie, żeby bardziej zszokować moich znajomych to mógłbym jedynie chyba ściąć długie od 12 lat włosy).

Się porobiło. Tak mnie ten weekendowy teścik wegańskich trunków rozleniwił, że od 2 dni nic nie ugotowałem. Rozbijałem się po knajpach! Taki byłem cwany. Dlatego czas chyba przyszedł na pierwsze recenzje.

Green Way (Piotrkowska 80)
Pierwszy raz, po długiej przerwie zawitałem do lokalu przy Piotrkowskiej już jakiś czas temu, kiedy przestałem jeść mięso. I znów za sprawą znajomych, którzy mnie wyciągnęli, dostrzegając w oczach, że od dawna nic ciepłego nie jadłem, a żywię się głównie jogurtem, pieczywem i papierosami. Wtedy dopiero przejrzałem na rzeczone już wygłodniałe oczy. Co z tego, że nie ma tam mięsa? Ale jak jest tanio! Jak osioł najadłem się za kilkanaście złociszy i jeszcze długo wstać nie mogłem. Kosmos. Totalnie bezbłędny w Green Wayu jest tort warzywny (dla nieprzywykłych brzmi zapewne srogo, ale nie ma się co zrażać). Naleśniki przekładane warstwami warzyw podawane w towarzystwie jeszcze większej ilości, tym razem już surowych warzyw, potrafią zaspokoić każdy głód! Niestety nie jest wegański i na jakiś czas musiałem się z nim rozstać.

Ale wegańską szamę też mają całkiem do rzeczy. Ostatnio zajadałem się pulpetami z ciecierzycy i warzyw z ryżem i znów z dużą porcją surówek. Panie generalnie nie żałują klientom. Poza rzeczonymi kotletami są jeszcze kotlety sojowe, jakiś gulasz meksykański z warzyw i inne kozak – potrawy na szybko.

Jedyny minus tego lokalu to fakt, że jest to sieciówka i smrodek idzie po wegańsko – wegetariańskim towarzystwie, że część potraw jest w nim głęboko mrożona. Mnie to jednak nie przeszkadza, bo jak idzie się do takiego przybytku po latach całkowicie wyjałowionej z warzyw i owoców diety to bardziej trzeba się obawiać o hiperwitaminozę niż o świeżość pochłanianych tonami witamin. Ze 3 dni mi później uśmiech z gęby nie schodził i znajomi się zastanawiali co biorę.

Tak czy inaczej polecam głównie ze względu na ceny i na szybkość. Jak mocno głód przyciśnie i trzeba lecieć gdzieś dalej – tylko Green Way.

Breadnia (Piotrkowska 86)
Może i nie jest to wegańska knajpa, ale da się coś opchnąć. Polecam szczególnie zupy. Krem z kalafiora jest całkiem wegański (mimo, że kelner sam nie wiedział i musiał kilka razy pytać o szczegóły kucharkę) i całkiem niedrogi, bo zapłaciłem bodaj szóstaka. A o miejscu wspominam, bo mnie kupili. Dałem się ordynarnie sprzedać za bochen rewelacyjnego, razowego chleba, który został mi wręczony na wyjście w gratisie (klasa gest!). Nie wiem, czy to stały zwyczaj, czy może taka radość ogarnęła obsługę, że ostatni klienci wyłażą i w końcu przestaną nawijać o pierdołach, zapłacą i dadzą spokojnie wrócić do domu, a w związku z tym na wiwat odpalili nam chleb, który nie zszedł w ciągu dnia. Tak naprawdę mało mnie to w sumie obchodzi.

Jednak o Bredni nie piszę tylko z powodu wypieków. To moje usilne dopytywanie kelnera o jedną, małą michę zupy (A czy przypadkiem bulion nie jest na mięsie? A czy czasem kucharka nie zabiela zupy śmietaną? A czy Pan szanowny wie, że jak mi Pan do tej zupy napluje to znajdą pana kolesie z ALF i przykują łańcuchem do budy dla psa?) przypomniało mi inną weekendową wizytę w knajpie – tym razem całkowicie niewegańskiej. Z litości pominę jej nazwę i przyznam, że weganie to muszą mieć cholernie mocne zdrowie psychiczne. Ja to już po 3 minutach rozmowy z kelnerem miałem  ochotę wystawić go na mróz w samych gaciach. No nie mógł pojąć biedak pytania o to, czy makaron jest jajeczny. Litości, ale za teksty w stylu „Jak to jajeczny? Zwykły makaron mamy!” to z pracy powinni chyba zwalniać. I to szemranie pod nosem i spoglądanie ciągłe na gościa, który nie je nabiału. Co to weganie jacyś niepełnosprawni są? Naprawdę odniosłem wrażenie, że jakby do tej pożal się Boże restauracji weszli ortodoksyjni szyici z karabinami na plecach i zapytali o najbliższy mięsny, gdzie sprzedają wieprzowinę, to znaleźliby więcej zrozumienia. O losie! Rzeczywiście chyba lepiej jest mówić, że się jest na białko uczulonym, to wtedy obsługa będzie zwyczajnie bała się podać coś niezgodnego z zamówieniem. Tyle na temat tolerancyjnego społeczeństwa rodem z trzeciej aglomeracji w Polsce.

PS. Część zdjęć bezczelnie (ale z niekomercyjną intencją) pożyczyłem ze stron www wymienianych restauracji. W razie uwag i zastrzeżeń proszę pisać na adres skarginatrojana@nikogotonieobchodzi.pl i cierpliwie czekać na odpowiedź – skasuję migiem.

Położyłem swoją trzeźwość na ołtarzu weganizmu!

Tak mnie wczorajszy wieczór zainspirował, że muszę coś napisać o alkoholu.  A czasu na przemyślenia miałem dużo, bo wstałem rano, obejrzałem Teleexpress i miałem fajrant. Całe szczęście o poranku uratował mnie jakiś przebłysk aktywności ostatniej szarej komórki, który zwrócił uwagę, że mleko stojące w lodówce od ponad miesiąca może nie być do końca wegańskie (to, że może być również nieco nieświeże miało znaczenie drugorzędne). Całe szczęście był jeszcze sok!

Ale wróćmy do wydarzeń z wczorajszego wieczora. Na podbój miasta wybrałem się z wysokiej klasy ekspertem w dziedzinie każdego alkoholu. Można powiedzieć, że nie tylko jest pasjonatem ale również profesjonalistą, bo ma magistra z zakresu bimbrownictwa (skończył biotechnologię, specjalizacja o ile dobrze pamiętam: fermentacja drożdży). Człowiek wie wszystko o procesach produkcji zarówno mocnych jak i lekkich alkoholi, a i doświadczenie w spożywaniu ma nieliche. Mogłem być zatem spokojny, że testowanie niewegańskich alkoholi nie ma nic wspólnego z pijaństwem, tylko zwyczajnie służy pogłębieniu mojej wiedzy. Zdradliwe! W sumie mogłem się spodziewać, że z czasem do testowania i degustacji będziemy podchodzić coraz bardziej gorliwie i nasze zaangażowanie będzie rosło. Dlatego też nie wszystkie wnioski z naszych dyskusji do końca pamiętam, niektóre chyba zlały mi się w jedną całość, a inne zwyczajnie wyparowały z głowy. Postaram się podsumować to co przetrwało.

Pierwsza najważniejsza, najbardziej istotna, najlepsze i trafiająca w sedno informacja jest taka, że WÓDKA JEST WEGAŃSKA. Sama natura i zdrowie! Nie ma żadnych etycznych przeciwwskazań do spożywania jej zarówno w małych jak i dużych ilościach. Tym bardziej, że (akurat w moim przypadku) ilość wypitego płynu jest odwrotnie proporcjonalna do poziomu agresji, a wprost proporcjonalna do miłości do wszystkich stworzeń (doprowadziło to do tego, że po przedłużającym się pobycie w knajpie nieomal oświadczyłem się 3 kobietom, wyjechałem razem z nowo poznanym Węgrem do Budapesztu i postawiłem całemu lokalowi kolejkę). Wegańskie są również wszelkiego rodzaju whisky, burbony, dżiny i likiery (jest radość, prawda?). Omijałbym tylko te z robakiem w środku, ale to chyba już oczywiste.

Dla miłośników lekkich alkoholi też mam dobrą wiadomość – przy produkcji piwa również nie są wykorzystywane żadne zwierzęta. Można śmiało i do woli żłopać chmiel i dalej być przyjacielem świata. Uważać należy na jedno – przekąski. Łatwo się nadziać, bo po piwku jak to po piwku – człowieka ciągnie po jakieś orzeszki ziemne, albo chipsy. Niestety do wszystkiego wpierniczają (nie wiem o jaką cholerę) laktozę. Jedyne wege chipsy to Crunchips, a o flipsach i innych orzeszkach w papryce zapomnijcie.

Niestety z całą pewnością wegańskie nie jest wino! Nie tylko (o czym już wspominałem) filtrowane jest przez filtry z klejem zrobionym z rybich łusek, ale też większość gatunków wina klarowana jest kurzym białkiem, albo żelatyną. Zatem odpada. Na szczęście są na rynku dostępne wina wegańskie (wcale nie aż tak niedrogie), które smakiem, procesem produkcji i składem nie różnią się wcale od win tradycyjnych. Po porostu ich producenci używają innych filtrów i nie klarują płynu martwymi zwierzętami. Wiem na pewno, że w Łodzi można się takiego wina napić w Niebostanie, ale pewnie i w Grandzie by się znalazło (choć to muszę jeszcze sprawdzić).

Zatem wybór jest spory i praktycznie nie ogranicza wegan, którzy mogą spokojnie wykazać się finezją przy tradycyjnej, polskiej alkoholizacji. W sumie to tak sobie myślę, że całe szczęście, bo gdzie jak gdzie, ale w naszym kochanym kraju można jeszcze zaakceptować to, że ktoś nie je mięsa, mleka, jajek i sera. Ale żeby wódki nie pił?! Albo z nami się nie napił?! Nie, tego byłoby już za dużo i weganie mogliby być wyklęci. Na szczęście nie są.

Nie sposób nie napisać jeszcze o pewnych kontrowersjach. Do tej pory nie dotarłem do wiarygodnych źródeł na temat tego jakie weganie mają podejście do bakterii. Po prostu nie wiem, czy drobnoustroje można wykorzystywać, czy nie (dla mnie trochę to przesada, bo nie są to czujące i myślące zwierzęta, ale mogę się mylić). Jeśli przyjąć, że ich jednak nie wykorzystują to problem z alkoholem robi się większy. Wegańskie przestaje być wówczas piwo. Przy jego warzeniu używa się enzymów bakteryjnych. Z kolei w procesie filtracji używane są martwe okrzemki (które nie są teoretycznie ani roślinami, ani zwierzętami). Mam jednak nadzieję, że śmierć drobnoustrojów nie spędza weganom snu z powiek.

Warto by zakończyć czymś praktycznym, a najlepiej przepisem. No to tym razem już mój autorski pomysł na szybkie i proste danie przed wieczornym melanżem. Idealny dla starych kawalerów, którzy przed pójściem w miasto na jedno lub 12 piw chcą szybko i dobrze zjeść. A najeść się trzeba, bo nie jest tajemnicą, że nic tak dobrze dla żołądka nie robi jak tłusty i sycący podkład! Proponuję zatem makaron w sosie pomidorowym. I powodzenia w testowaniu wegańskich alkoholi.

Makaron w sosiwie z pomidorów

Precjoza:
puszka krojonych pomidorów (choć ja wolę 3-4 świeże)
puszka groszku konserwowego
makaron bezjajeczny (najlepiej razowy)
pół dużej cebuli
olej roślinny
sos sojowy
łyżeczka musztardy
papryka w proszku
bazylia
pieprz

Na sążnistej porcji oleju trzeba podsmażyć na złoto pokrojoną w kostkę cebulę. Jak już, to walimy do tego centralnie z puchy pomidory i trzymamy na gazie, żeby woda trochę wyparowała. Później do tego puchę groszku trzeba dać bez zalewy, sojowy sos, musztardę i przyprawy. Makaron ugotować i zmieszać razem. W zasadzie to nie wiem po co to piszę – takie to oczywiste.

PS
Alkohol to największa trucizna! ;)