"Żarty na bok, jak powiedział król Dezmod, gdy wśród uczty goście nagle zaczęli sinieć i umierać."
"Zaiste, jak mawiał król Dezmod, zaglądnąwszy po skończonej potrzebie do nocnika: >>Rozum nie jest w stanie tego ogarnąć<<."
"Sam nie wiem, co o tym myśleć, jak powiedział król Dezmod, gdy przyłapano go na oszukiwaniu w karty."
Zima zaczęła się na dobre, więc na przekór proponuję powspominać. A wspominać będziemy jesień, kiedy jeszcze można było wyruszyć z plecakiem na szlak i nacieszyć oko widokami, zanim śnieg zdążył zasypać ścieżki i drogi. Zachęcam do przeczytania mojej relacji z wyprawy 97 ŁWDH do Jury Krakowsko - Częstochowskiej.
Jak zwykle wstałem za późno... Szybkie pakowanie wszystkiego, co było pod ręką. Nawet nie wiedziałem, czy wziąłem co trzeba. Nie istotne. Jak się spóźnię do redakcji, to urwą mi głowę. Z mieszkania wręcz wybiegłem. Na szczęście autobus się nie spóźnił. W pracy punkt 9:00. Spotkanie redakcyjne i trzymam kciuki, żeby nie dostać trudnego materiału. O 16:00 muszę być wolny. Około 17:00 trzeba być na dworcu. Na szczęście czas przed wyborczy był dla mnie łaskawy. Dwie konferencje prasowe - zwykła bieżączka. Mało pracy. Może jeszcze zdążę wrócić do domu, żeby się przepakować. Niestety. O 13:00, kiedy kończę pracę, uśmiecha się do mnie wydawca. O 14:00 trzeba zrobić konferencję Michalicha. Niech to szlag! Zawsze taki pech. Chcąc, nie chcąc jadę. O 16:00 jestem wolny. Szybki obiad na mieście i pędem na dworzec. Na szczęście, na miejscu zbiórki jestem drugi. Jakie to szczęście, że 97 ŁWDH znana jest ze swojej nie punktualności. Wkrótce na dworcu robi się tłoczno. Wszyscy podekscytowani. Przed nami jesienne uroki Jury.
W pociągu nie myślę już o bożym świecie. Liczy się tylko to, co przed nami. Od dawna czekałem na ten wyjazd. Po krótkim czasie dojeżdżamy do Koluszek i tam czekamy ponad godzinę na spóźniony ekspres. Czas mija na przedwyborczych dyskusjach z moja bratnią duszą. Dyskusjach? Raczej monologu.
Spośród wszystkich form przemieszczania się pociąg jest bez wątpienia najprzyjemniejszy. Nic nie może równać się z klimatem krajobrazów przesuwających się za oknami i długimi, przedziałowymi rozmowami. Dlatego też podróż mija szybko. Na dworcu Częstochowa czujemy się nieco zagubieni. Ale psychologia tłumu czasami jednak nie zawodzi. Docieramy do miejscowego hufca, żeby zrzucić garby i położyć się gdzie popadnie. Za każdym z nas ciężki dzień. Nie było co liczyć na kominek, czy śpiewanki. Po kolacji i krótkiej próbie gry na gitarze idziemy spać.
Rano żegnamy się z łaskawymi dla nas progami i przede wszystkim z ciepłem. Nikt z nas jeszcze nie wie, że w chłodnej atmosferze przyjdzie nam spędzić następne 2 dni. Ruszamy na szlak. Pierwsza przerwa już po chwili, na dworcu PKS. Kierowca jak zwykle w takich przypadkach zaskoczony. Ale cóż. "Wbijamy" się tłumnie na koniec zatłoczonego autokaru. Wysiadamy po godzinie. I już wszystko jest inaczej...
Z początku ciężko i bez specjalnego entuzjazmu. Ale po chwili wpadamy w rytm. Noga za nogą, a oczy rozglądają się i chłoną jesienne widoki. Drzewa wydają się niczym nie różnić od wysłanej żółto - bordowymi liśćmi połaci, z wolna przesuwającej się pod naszymi nogami. Zagłębienia w skałach, powalone konary grodzące szlak - to wszystko budzi nasz zachwyt i zdumienie. Pięknie jest cieszyć się czymś zwykłym i oczywistym, czymś, co odkrywamy po raz kolejny. Zwykła herbata z miodem smakuje rewelacyjnie, kiedy po dużym wysiłku, gdzieś w drodze, pije się ją wśród przyjaciół.
Z Janowa podążamy do Ogorzelnik, zahaczając przy okazji Złoty Potok, Trzebniów i Niegową. Nawet nazwy tych uroczych jurajskich miejscowości brzmią przyjemnie. Na miejscu, naszym oczom ukazuje się całkiem spora, swą pamięcią sięgająca do czasów PRL’u, remiza. W niej przyjdzie nam przenocować. Kiedy weszliśmy na piętro, a zmęczenie nie dawało już się we znaki, zrozumieliśmy swoje położenie. Duże, balowe pomieszczenie, z ogromnymi materacami, pozbawione było jakiegokolwiek ogrzewania. Kubatura ogromna, więc o "nachuchaniu" nie było mowy. Po pół godzinie odkryliśmy kolejny szczegół. Okiennice są nieszczelne i przewiewne niczym szałas na szczycie Łysej Góry. To będzie noc! Wieczorna wieczerza, kominek i nocne śpiewanie nie obyły się bez szalików i czapek. Zimna noc przed nami... bardzo zimna.
A jeszcze zimniejszy poranek. Aż chce się wstawać. Trzeba wszak rozprostować kości i jakoś się rozgrzać. Szlak, jaki przyszło nam przejść trzeciego dnia wyprawy wynagrodził nam chłodną noc. Niewielkie, skaliste pagórki, ruiny zamków i niesamowite wydarzenia: przekazanie funkcji drużynowego, oraz przyrzeczenie harcerskie. Chyba nie muszę tłumaczyć, jaka "magia" towarzyszy takim momentom. Popołudniu docieramy do Niegowej, skąd łapiąc PKS jedziemy do Myszkowa. Dalej tylko Częstochowa i powrót do Łodzi.
Na koniec jeszcze większy pośpiech, a czas zatacza koło. Weekend rozpoczął się od wyborów i na nich się miał zakończyć. Od naszego powrotu, zostało ledwie 50 min. do zamknięcia lokali wyborczych. Ale spokojnie, wszyscy zdążyli. Obywatelski obowiązek został spełniony, a w wyborczy wieczór nie upłynął nam na emocjach. Raczej wspominaliśmy chwile spędzone w Jurze...
Artykuł opublikowany we wrześniowym numerze miesięcznika instruktorów ZHP "Czuwaj", autorstwa hm. Bartosza Szumskiego HR, phm. Rafała Rytela HO i pwd. Macieja Trojanowskiego HO.
Przyjęło się uważać, że do prowadzenia hufca, trzeba posiadać ogromną wiedzę i umiejętności, a w szczególności olbrzymie życiowe doświadczenie. Postanowiliśmy obalić tę tezę i udowodnić, że to młodzi instruktorzy powinni pełnić najważniejsze kierownicze funkcje w hufcu.
Oczywiście trudno jest dokładnie określić co należy rozumieć pod pojęciem "młody" i "stary", w szczególności w odniesieniu do instruktorów harcerskich. Są to często subiektywne odczucia. Dlatego my na potrzeby niniejszego artykułu przyjmiemy, że osoby młode w zarządzaniu hufcem to osoby poniżej 30 roku życia, mając jednakowoż pełną świadomość, że nie o konkretny wiek tu się spór toczy.
Wstęp historyczny, czyli kilka faktów
Na początek sięgnijmy do naszej bogatej, niemal już 100-letniej historii. Osoby, które często uważamy za wiekowe, najlepsze lata swej pracy mają gdy byli młodzi. Postać Andrzeja Małkowskiego jest dobrze znana, warto jednak przypomnieć, że miał 21 lat gdy został członkiem Zarządu Głównego "Eleuterii" - federacji związków abstynenckich. Zaś w wieku 23 lat dokonał najważniejszych dla polskiego skautingu działań, był członkiem pierwszej Naczelnej Komendy Skautowej, szefem pierwszego pisma "Skaut", instruktorem i wykładowcą na pierwszych kursach skautowych. Biografia Olgi Małkowskiej jest bardzo podobna w tym samym okresie.
Jadwiga Falkowska miała lat 23 zostając komendantką drużyn żeńskich we Lwowie (komendantką hufca), w wieku 30 lat została członkinią pierwszego Naczelnictwa ZHP. W wieku 37 lat została Naczelniczką Harcerek ZHP.
Stanisław Sedlaczek w wieku 21 lat wszedł do redakcji "Skauta" oraz do Związkowego Naczelnictwa Skautowego jako sekretarz. Był członkiem kierownictwa kursów w Skolem, kształcącym pierwszych instruktorów skautowych. Mając 23 lata przebywał w Kijowie, kierując jako Naczelnik pracą harcerską w Rosji. W wieku 27 lat został Naczelnikiem Harcerzy ZHP. Henryk Glass został komendantem hufca w wieku 19 lat, w wieku 25 lat był już Naczelnikiem Harcerzy ZHP.
Antoni Olbromski był szefem łódzkiego okręgu mając lat 21. Od 25 roku życia został członkiem RN ZHP i ... komendantem łódzkiego hufca. W wieku 33 lat objął funkcję wiceprzewodniczącego ZHP, zaś w wieku 35 lat Naczelnika Harcerzy. Florian Marciniak - Naczelnik w wieku 24 lat, Stanisław Broniewski - Naczelnik w wieku 28 lat, Aleksander Kamiński - komendant hufca pruszkowskiego 22 lata, komendant chorągwi mazowieckiej 25 lat.
Zarządzanie hufcem w teorii zarządzania
Modelowo zarządzanie to:
1. działania, które umożliwiają ludziom "pracującym" i "zatrudniającym" ich organizacjom uzgodnienia w obszarze spraw pracowniczych, a ponadto zapewniają warunki realizacji tych uzgodnień;
2. działalność związana z planowaniem, organizowaniem sposobów wykorzystania zasobów organizacji, kierowaniem pracą ludzi i kontrolowaniem zmierzającym do sprawnego i skutecznego osiągnięcia celów organizacji;
W naszej ocenie dobry komendant powinien być zarazem sprawnym menedżerem, jak i przede wszystkim naturalnym PRZYWÓDCĄ - powinien potrafić kierować zespołem ludzi, wyznaczać cele, znajdywać ścieżki realizacji, planować, motywować itd.
Poza tymi cechami musi też rozumieć "swoich" instruktorów i drużynowych, powinien być dla nich partnerem, umiejącym patrzyć w tym samym kierunku i tym samym wzrokiem, co pozostali tworzący hufcową wspólnotę.
Większość podręczników zarządzania mówi, że optymalnym wiekiem dla menedżera jest 28-35 lat. Wtedy można osiągnąć najwięcej, jest się bardziej kreatywnym, dostrzega się więcej, ma się więcej energii, najlepiej pracuje się w zespołach. W zarządach wielu znanych firm zasiadają młodzi menedżerowie. My mamy w naszej organizacji podobne zarządy na poziomie wojewódzkim i centralnym.
Natomiast hufiec to pole do popisu dla jeszcze młodszych menadżerów.
To właśnie tacy młodzi menedżerowie podejmują się dużych wyzwań np. Łukasz Garczewski, został wybrany szefem zarządu stowarzyszenia Wikimedia Polska (1) w wieku 21 lat.
Najlepszymi przykładami jak świetnie mogą sobie radzić młodzi menadżerowie w biznesie są: Ingvar Kamprad w wieku 17 lat założył własną firmę i dzięki swym talentom menedżerskim doprowadził do tego, że w wieku 30 lat jego firma przodowała w gospodarce kraju, a obecnie zatrudnia na całym świecie 104 000 pracowników (IKEA). Michael Dell, student uniwersytetu w Austin założył firmę, która obecnie zatrudnia ponad 70 tys. pracowników. Bill Gates także w trakcie studiów wraz z Paulem Allenem, założył Micro-Soft i przed trzydziestką podpisali pierwszy kontrakt z firmą IBM.
Natomiast w naszej harcerskiej organizacji niestety często się jeszcze zdarza, że zarządzaniem zajmują się osoby mające najefektywniejsze lata już za sobą, mający może nawet doświadczenie i sporą wiedzę, lecz którym brakuje obiektywnej oceny dzisiejszych realiów, brakuje kontaktu z podwładnymi, motywacji do rozwoju i umiejętności stawiania nowych wyzwań, gdyż to są cechy młodych.
Młodzi podejmując wyzwania chcieliby znaleźć się w zespole rówieśników odbierających "na tych samych falach", aby współpraca sprawiała im radość - jak zatem w takim układzie czują się młodzi instruktorzy, którym przychodzi współpracować z kadrą często w wieku ich rodziców? Czy w takiej sytuacji tworzy się zespół? Czy istnieje wzajemne zrozumienie?
Zarządzanie to jak ujął kiedyś dr. Andrzej Koźmiński - to swego rodzaju "wędrówka przez chaos", której istotą jest panowanie nad różnorodnością i przekształcanie potencjalnego konfliktu we współpracę - i to chyba najlepsza definicja zarządzania hufcem.
Czy "młody" spełnia współczesne wymagania bycia komendantem hufca?
Instrukcja organizacyjna hufca w żadnym stopniu nie ogranicza udziału osób młodych w zarządzaniu hufcem, stawia jedynie warunek aby komendant hufca posiadał przynajmniej stopień podharcmistrza oraz przeszkolenie do pełnionej funkcji (2).
Nie ma więc żadnych formalnych przeszkód aby dwudziestokilkulatek mógł pełnić funkcję komendanta hufca, są za to przeszkody mentalne.
Najczęściej padają argumenty, że "za młody i niedoświadczony", że "nieodpowiedzialny", że "nie da sobie rady w kontaktach zewnętrznych i w rozmowach z różnego rodzaju władzami lokalnymi", i że "nie będzie dobrze reprezentował hufca" na różnych spotkaniach zewnętrznych. Tymczasem to właśnie niski wiek komendanta jest często atutem i legitymizacją, że jego funkcja - jest funkcją w organizacji dziecięco-młodzieżowej jaką jest ZHP.
Osoby z którymi komendant hufca styka się reprezentując hufiec oczekują osoby młodej, zaangażowanej - przedstawiciela dzieci i młodzieży - rzecznika reprezentującego ich problemy i sprawy.
Młoda osoba wnosi m.in.:
-entuzjazm,
-podejmowanie wyzwań,
-nowe spojrzenie na stare problemy,
-zapał i chęć dokonywania zmian,
-otwartość,
-bliski kontakt z rówieśnikami - drużynowymi,
-brak negatywnych nawyków,
-brak rutyny i schematycznego postępowania.
Co więcej, dajemy takiej osobie możliwość wzrastania i rozwoju na adekwatnym dla niego poziomie, misją harcerstwa jest wychowanie do pełnienia przyszłych ról społecznych, kardynalne "wychowanie młodego obywatela metodą puszczańską". Pełnienie funkcji komendanta hufca jest dużą szkołą życia - nabyciem umiejętności kierowania zespołem ludzkim, sztuką tworzenia kompromisów, motywowania i stawiania wyzwań dla siebie i dla własnego środowiska - wyzwaniem dla dwudziestolatka, no może i dla trzydziestolatka, ale już nie jest czymś takim dla osób które powinny już całkiem wkroczyć w dorosłe życie. One powinny swoim życiem pokazywać młodszym jak stworzyć szczęśliwą rodzinę, jak osiągać sukcesy na gruncie zawodowym, jak godzić te podstawowe społeczne role z pełnieniem różnych "pomocniczych" ról społecznych. Tworzyć autorytet oparty nie na wieku, ale przede wszystkim na rzeczywistym sukcesie życiowym.
Czemu starszy coraz częściej znaczy "gorszy"?
Obserwując naszych "wiekowych" komendantów hufców, zaczynamy dostrzegać, że zatrzymali się w rozwoju. A bycie liderem współcześnie to ciągłe wzrastanie, to ciągła praca nad sobą, to dalszy rozwój wynikający, w przypadku dorosłego człowieka, przede wszystkim z samorozwoju, samodoskonalenia. Tymczasem w postawie "starych" dominują postawy, "za moich czasów to było harcerstwo, nie to co teraz", albo postawy "co mi tu szczeniaku będziesz się wymądrzał".
Bardzo szybko powoduje to narastanie dystansu między osobą komendanta hufca, a resztą instruktorskiego środowiska, z którym ma przecież budować wspólnotę. Często prowadzi to jeszcze dodatkowo do podziałów w tym środowisku i tworzy nieliczne wybrane grono ulubieńców komendanta i pozostałą "resztę świata". Sam komendant zresztą szybko dochodzi do wniosku, że na nikim polegać nie może i osamotniony musi wszystko osobiście wykonać, od wizyty u burmistrza do naprawy saperki.
Ten stan który mieliśmy okazję obserwować w naszym hufcu, spowodował dodatkowo jeszcze jeden bardzo poważny problem, nagle okazało się, że mimo, iż prawie nikt nie jest zadowolony z posiadania komendanta "dyrektora", młodzi ludzie nie chcą podejmować się odpowiedzialności. Długi okres braku możliwości rozwoju wybitniejszych jednostek powoduje ich odejście z organizacji. Tak jak drużynowy, który zbyt długo nie przekazuje pałeczki swoim następcom, tak samo hufcowy w wieku przedemerytalnym odstrasza młodych ludzi do podejmowania wyzwania bycia hufcowym. Staje się to często nie tylko cel nieralny i nieosiągalny co po prostu - hufiec przestaje być ich wspólnotą, a staje się jakiś tajemniczych "onych".
Zastanawiające jest też czemu ludzie "starsi" chcą pełnić funkcję komendanta hufca, można wymienić kilka zdecydowanie negatywnych czynników:
-potrzeba emocjonalnej realizacji w organizacji młodzieżowej, dużo trudniej w pracy zawodowej i społecznej wśród ludzi w podobnym wieku,
-przyzwyczajenie, wypaczone pojmowanie słów "całym życiem", rozumiane jako bycie harcerzem całe życie,
-harcerstwo staje się odskocznią od problemów zawodowych i osobistych, braku perspektyw zawodowych,
-często brak rodziny i dzieci powoduje, że osoby silnie angażują czas w miejscu gdzie dobrze się czują i są poważani,
-profity finansowe i materialne, w tym otrzymywanie wynagrodzenia, czy to w postaci pełnoetatowego zatrudnienia, czy też jako dodatkowe źródło dochodów, ale także korzystanie z samochodu służbowego, zarabianie na delegacjach lub często też ulgi lub nawet darmowy wypoczynek na obozach dla rodzin i znajomych itp.
-możliwość korzystania darmo z majątku ZHP np. łódek, samochodów, ośrodków wypoczynkowych, laptopów służbowych itp.,
-dla wielu z nich jest to możliwość otrzymywania pensji większej niż to wynika z ich wykształcenia i zawodowych umiejętności.
O "opóźnieniu wieku społecznego" można przeczytać u dwóch mentorów ruchu harcerskiego, zacytuję tu dh Stanisława Czopowicza, resztę polecam doczytać u Aleksandra Kamińskiego (3).
Czopowicz pisze: "Znawcy harcerstwa wskazują pewną swoistość związków młodzieży, więc i harcerstwa, a mianowicie tzw. "opóźnienie wieku społecznego". Otóż w harcerstwie jest wspaniale: przyjaźnie, przygody, wzloty ducha, dzielność i sprawność, zachłyśnięcie się pięknem przyrody, niespotykane i niezapomniane przeżycia i wrażenia. I jest to, co najpiękniejsze i jedyne - młodość i romantyzm młodości. W każdym z nas drzemie pokusa zatrzymania, przedłużenia tej chwili, opóźnienia momentu stania się dorosłym. Harcerstwo daje też możliwość - powiedzmy to sobie otwarcie - tanim kosztem bycia aktywnym, bycia wodzem, bycia kimś znaczącym. Są oczywiście jakieś zwierzchnie władze, regulaminy, programy i wytyczne, ale faktycznie pogadamy sobie, pospieramy się, i robimy co chcemy, rządzimy, rozkazujemy, jesteśmy tacy ważni. Znów pojawia się pokusa zatrzymania, przedłużenia tego stanu, bo czujemy przez skórę, że w dorosłym życiu rodzinnym, zawodowym i społecznym będzie o wiele, wiele trudniej. To wielka sztuka, gdy umie się rachować swoje lata, gdy umie się dostrzegać swoje nie à propos w jakimś miejscu, w jakiejś sytuacji, gdy umie się spojrzeć na siebie jakby spoza siebie. To wielka sztuka, ale i obowiązek dla instruktora, umieć wyczuwać na plecach oddech młodszych, którzy już chcą rządzić się sami i robić po swojemu. Jeszcze większa sztuka pozwolić, aby następcy wzięli sprawy w swoje ręce, wyczuć odpowiedni moment - gdy będzie za wcześnie nie poradzą sobie, gdy każemy im zbyt długo czekać stracą zapał i wytracą energię. I największa sztuka - doprowadzić do takiego stanu, aby następcy, uczniowie przerośli mistrza. Samemu zaś zabrać harcerską duszę w świat dorosłych".
Podsumowanie
Nie jest oczywiste, że dobrym komendantem hufca, może być tylko dwudziestokilkulatek, to nieprawda. Są też starsi, wspaniali instruktorzy, którzy często z pasją i zaangażowaniem potrafią pełnić funkcję hufcowego i nie tylko wypełniają swoje zdania, ale jeszcze przygotowują młodsze pokolenie do przejęcia odpowiedzialności w niedalekiej przyszłości. Są - lecz nie są zjawiskiem częstym.
Wielu komendantów, walczy do upadłego o nieprzekazywanie hufca młodszym, twierdzi, że "nie ma komu" - niewidząc, że sami zniechęcili wszystkich potencjalnych następców. Ich poczucie misji i "niezastąpienia" budzi przerażenie.
Na szczęście ZHP staje się organizacją, w której decyzje i odpowiedzialność coraz częściej podejmuje się zespołowo. Organizacją, w której wzrasta świadomość instruktorów, że hufiec to przede wszystkim ich hufiec, a nie tego dziadka który siedzi na fotelu komendanta od lat trzydziestu.
Przed zbliżającymi się zjazdami życzymy wszystkim delegatom dobrych wyborów, wierzymy, że na ogół będzie to wybór ... młodszego kandydata.
Przypisy:
1. Wikimedia Polska to polski oddział zajmujący sie miedzy innymi opieką nad polską Wikipedią. (http://pl.wikimedia.org/)
2. A dokładniej "... lub musi spełnić te wymagania w ciągu 1 roku od daty objęcia funkcji".
3. A.Kamiński "Analiza teoretyczna Polskich Związków Młodzieży do połowy XIX w.", pozycja ta powinna stanowić lekturę obowiązkową każdego podharcmistrza i harcmistrza.
Zjazd wzbudził we mnie konsternację. Przez pewien czas na dysku mojego komputera nie pojawiły się żadne teksty. Długo zastanawiałem się i rozważałem jak ocenić sytuację, w jakiej znalazł się nasz Związek. Dlaczego? Przede wszystkim ze względu na brak wiedzy o nowo wybranej Naczelniczce. Okazało się bowiem, że dla zwykłego drużynowego jest to osoba nieznana i obca. Dopiero na Zjeździe ujawniono jej kandydaturę, proponowany skład Głównej Kwatery, a przede wszystkim program.
Czy jest to sytuacja naturalna? Czy normą jest zaskoczenie, jakie ogarnęło większość mniej zorientowanych instruktorów? Miałem wrażenie, że XXXII Zjazd ZHP skończył z tą niechlubną tradycją. Myliłem się. Jednak z perspektywy chłodnej oceny wydarzeń Zjazdu Nadzwyczajnego, niczemu nie można się dziwić. Od dłuższego czasu kadra Związku była mocno spolaryzowana. Z jednej strony linii sporu stała poprzednia GK i tak zwany "beton" (vulgo: instruktorzy niechętnie podchodzący do koniecznych zmian), a z drugiej przeciwnicy obecnego stanu rzeczy. Jednak owi przeciwnicy także się podzielili. W dużym uproszczeniu można ująć ich w 2 frakcje: zwolenników dawnego Ruchu Całym Życiem, oraz grupy zjednoczonej wokół hm. Rafała Klepacza. Zatem logika mówiła wyraźnie: głosowanie wygra ten kandydat, który przekona do siebie, stojącą na przegranej pozycji grupę zwolenników poprzedniej GK (nader wątpliwa wydawała się reelekcja dh Hernik, bądź zwycięstwo kandydata przez nią "namaszczonego"). Warto, zatem zdefiniować ową "grupę zwolenników". Oczywistym jest, że można zaliczyć do niej "korpus komendantów", który podczas XXXIV Zjazdu, niechlubnie wsławił się chęcią zmiany statutu. A zatem wygrał ten, kto zaoferował "korpusowi komendantów" większą władzę, wpływ na GK i współpracę na ich warunkach. Dowodem na taki stan rzeczy może być obecność we władzach naczelnych hm. Grzegorza Woźniaka, którego wyznaczyli sami komendanci chorągwi.
A zatem jawi się pytanie? Czy rzeczywiście walka dwójki kandydatów była sporem programowym? Czy była dyskusją o przyszłości Związku? Niestety, wszystko wskazuje na to, że nie. Jakakolwiek dyskusja była ograniczona do minimum, oraz zawężona tylko i wyłącznie do kręgu delegatów. Ważniejsze wydawał się rozmowy kuluarowe.
Muszę przyznać, że czuję się nieco oszukany. Nie tyle przez wynik Zjazdu, który znów dał nam do zrozumienia, że o prawdziwe zmiany w ZHP jest naprawdę trudno, ale głównie dlatego, że przez dłuższy czas sympatyzowałem ze środowiskiem dawnego Ruchu Całym Życiem. Dziś jednak nie mogę zaufać ludziom, którzy widzą naszą wspólną przyszłość, budowaną na płaszczyźnie porozumienia z wizją ZHP dh Grzegorza Woźniaka. Przykre, ale nader prawdziwe rozczarowanie.
Komentarz ukazał się w we wrześniowym wydaniu "Drużynowego" - biuletynu hufca Łódź Górna.
Z pożytkiem dla mej higieny psychicznej, a ze stratą dla bloga zmuszony jestem wstrzymać ukazywanie się tekstów na czas mojego wyjazdu. Jednak już pod koniec lipca blog wróci z urlopu i zapewni Szanownym Czytelnikom porcję świeżej lektury. Do zobaczenia, Czuwaj!
skomentuj (1)
Otwarta dyskusja na temat współczesnego kształtu harcerstwa, a w szczególności ta dotycząca bieżących wydarzeń w ZHP, ostatnimi czasy napotyka na ogromną przeszkodę. Stanowi ją argumentacja, coraz liczniejszej grupy instruktorów, którzy szafują wartościami zawartymi w Prawie Harcerskim, celowo stawiając je w opozycji do jakichkolwiek krytycznych głosów wobec poczynań władz ZHP. W tym kontekście każda różnica zdań, publiczna ich wymiana, czy prezentowanie radykalnych pomysłów, staje się harcerską antytezą, która automatycznie sprowadza ową dyskusję na "nieczysty" poziom. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż wynika to z niezrozumienia pewnych mechanizmów i zasad dobrze funkcjonującego społeczeństwa.
Od zawsze uczono mnie, że jedną z najważniejszych zdobyczy współczesnej cywilizacji jest wolność słowa. Możliwość dyskusji i krytycznego oceniania poczynań władzy publicznej to cenny skarb, pozwalający na skuteczną kontrolę i wyciąganie wniosków. Tam, gdzie pojawia się kilka pomysłów na jakiekolwiek działanie, tam można być pewnym, że dyskutują ludzie, którym w różnym stopniu, ale zależy na osiągnięciu wspólnego celu. Gorzej, jeżeli dyskusji brak, a każdy kto mógłby być zaangażowany we wspólną sprawę, chowa się we własnym zaciszu i ani myśli o "wychylaniu się". A zatem skąd opinia, że pisanie, czy mówienie o rzeczach złych, wypaczonych i szkodliwych to "szukanie dziury w całym", stojące w sprzeczności z harcerskimi zasadami? Takie myślenie jest na pewno wygodne. Bo kto z nas lubi radykalne zmiany? O wiele "milej" jest siedzieć na swoim miejscu i mieć pewność, że naszego mieszkania nikt nie przemebluje. I co z tego, że dach przecieka? Ja nie siedzę pod dziurą, a woda kapie na innych. Od lat wystarczyło postawić wiadro, które sprawę zamykało. A przecież, żeby załatać tą dziurę trzeba się postarać i wstać z miejsca... Po co? Czyż nie lepiej chwycić się za ręce, odśpiewać "Bratnie słowo", zapewnić o wspólnej, harcerskiej przyjaźni, a wówczas Związek nasz urośnie w siłę... sam!
A zatem głosy, jakoby wartka dyskusja i wszelka krytyka były sprzeczne z Prawem Harcerskim, są puste i równie śmieszne, co twierdzenie, że powszechnie uznane mechanizmy demokratyczne są "nie harcerskie". Niestety. Takie myślenie coraz bardziej pokutuje, a jego schematy coraz częściej przejmują Ci, którzy winni właśnie dyskutować i wrastać w atmosferę troski o ZHP, choćby poprzez wyrażanie własnego zdania. Widzą oni sprzeczność pomiędzy górnolotnymi słowami, a faktycznym postępowaniem instruktorów zaangażowanych w sprawowanie władzy.
Kiedy rozmawiam z młoda kadrą instruktorską i próbuję naszkicować ciężką sytuację np. wokół władz naczelnych naszego Związku, bardzo często spotykam się z niezrozumieniem, a w skrajnych przypadkach brakiem jakiegokolwiek zainteresowania tematem, oraz jak mantra poważanym stwierdzeniem "ja tam polityką się nie interesuję". Ogarnia mnie wtedy refleksja i zadaję sobie pytanie: Czy faktycznie wstręt do wszelkiej dyskusji i wymiany poglądów może być tak powszechny? Jednak po chwili przypominam sobie kilka faktów, które rozwiewają moje wszelkie wątpliwości.
Otwierając słynne już zebranie Rady Naczelnej dh. Przewodniczący hm. Andrzej Borodzik poprosił, aby podczas dyskusji pamiętać o punktach 2 i 5 Prawa Harcerskiego. Kiedy po wyważonej i spokojnej dyskusyj, w dwóch głosowaniach nie zostaje udzielone absolutorium, bezprawnie zrywa obrady i (jak można przeczytać na stronach Rady Naczelnej) na odchodne mówi "że wie, iż nie ma takiego prawa, ale tak postanowił, i jeżeli ktoś się z tym nie zgadza, to może go podać do sądu." Zastanawiam się który punkt Prawa Harcerskiego, o których przestrzeganie sam prosił, usprawiedliwia jego zachowanie. Jakiś czas później, kiedy sytuacja jest już jasna: Główna Kwatera mimo braku absolutorium dalej uznaje swój mandat do sprawowania władzy i wszyscy czekają na Zjazd Nadzwyczajny, naczelniczka występuję do Naczelnego Sądu Harcerskiego o interpretację, czy jest ona członkiem Głównej Kwatery. Jak żywo przypomina to lawirowanie w kruczkach prawnych i szukanie wszelkich sposobów postawienia na swoim, o jakim codziennie możemy słuchać w radiowych głośnikach, czy obserwować na ekranach telewizorów. Wobec tego zagadka. Wg których punktów prawa harcerskiego postępuje dh. Naczelniczka? Z pewnością można się sprzeczać, że PH w sposób bezpośredni nie mówi o tego typu sytuacjach. Ale nie mówi też wprost "nie bądź cynicznym cwaniakiem", a mimo to ja sam odczuwam że bycie nim stoi w sprzeczności z harcerskimi ideałami.
Każdemu przyda się czasem chwila oddechu. Szczególnie, kiedy przed nami prawdziwa "bydgoska burza", podczas której tematów do komentarzy i felietonów nie zabraknie. Postanowiłem zatem uciec od "wojny o przyszłość Związku" i zaszyć się gdzieś pomiędzy szeregowymi instruktorami, gdzie rytm harcerskiej pracy wyznacza jedynie zapał, wiara w harcerskie ideały i ten niewytłumaczalny błysk w oczach. Naprzeciw tym zamierzeniom wyszła mi propozycja poprowadzenia kilku zajęć na kursie drużynowych zuchowych organizowanym przez hufiec Szczecin - Dąbie. I choć nie obyło się bez kilku dyskusji dotyczących nowych władz chorągwi zachodniopomorskiej, na której to terenie przebywałem, to planowany "odpoczynek" przerósł wszelkie oczekiwania.
Po długiej, nocnej podróży, Szczecin przywitał mnie deszczem i pochmurnym niebem. Nie przeszkodziło mi to jednak, po raz kolejny przekonać się, że jest miastem szczególnym. Zakochałem się w nim od pierwszej wizyty na zlocie zuchowców "Wilczek" i cenię sobie każdą chwilę spędzoną na spacerze Jasnymi Błoniami, każdy widok Wałów Chrobrego, czy nawet wizytę "na wzgórzu", gdzie znajduje się urocza baza hufca Dąbie. Można jedynie pozazdrościć, że w Łodzi brak jest takiego miejsca: cichego, z mnóstwem lasu dookoła, dobrym zapleczem w postaci małego pałacyku, usytuowanego pośród drzew, na samym szczycie wzgórza, gdzie harcerze mogą spędzić zarówno biwak, jak i wakacyjny kurs. A to wszystko to 10 min drogi od najbliższego przystanku autobusowego i niewielkiej stacji Szczecin Zdroje. Właśnie tam, przez ostatnie dwa tygodnie, można było usłyszeć "Tupot małych stóp", czyli grupę młodych i energicznych kursantów, którzy zarazili mnie swoim optymizmem i uśmiechem.
Jeśli ktoś życzyłby sobie, abym kolejną część tej refleksji zaczął od idealizowania "Tupotu", będzie musiał się zawieść. Kurs wcale idealny nie był. Mądrzy kształceniowcy z pewnością odnaleźliby w nim wiele do poprawienia i obdarowaliby organizatorów garścią zaleceń mniej, lub bardziej cennych. Ale nie w tym rzecz. Nie tu tkwi sekret tego typu wyjazdów. Bowiem nie organizacja jest najistotniejsza dla wykształcenia przyszłych instruktorów i kadry, która z całą odpowiedzialnością przejmie na siebie trud wychowawczej służby ZHP. Warunkiem koniecznym jest wykształcenie ich charakteru. Uformowanie go tak, aby gotowi byli do podjęcia ogromnego wyzwania, jakie stanowi założenie granatowego sznura. Tak, aby umieli radzić sobie z każdym wyzwaniem i zapomnieli o istnieniu słowa "niemożliwe". Podjęcie próby wyrobienia w kursantach prawdziwie skautowej postawy przez dwa tygodnie, to zadanie nie lada śmiałe. Nie znajdzie się na nie recepty w żadnych "standardach" i na żadnych kursach. Wymaga to wielkiej wprawy, wyczucia i umiejętności. A do tego należy dodać obdarowanie kursantów odpowiednim warsztatem pracy z zuchami, tak aby ich działania był jak najbardziej atrakcyjne i odpowiadały na potrzeby zuchów.
Kiedy się patrzy z boku na wszelkiego rodzaju kursy, wszystko może wydać się prostsze. Wystarczy zamysł i sprawna organizacja. Ot tyle... Jednak kiedy dorzuci się do całości jeszcze garść emocji, ponadprzeciętnego zmęczenia i stresu, sprawa komplikuje się do tego stopnia, że z zadania potrafią się wywiązać nieliczni. Reszta ucieka w suche szkolenie i ścisłą zgodność ze standardami. A w obecnym czasie nie potrzeba nam wyszkolonej kadry, ale silnych i mocno wykształconych charakterów. Na każdym kroku działania czy to drużyn, szczepów, czy hufców możemy zobaczyć deficyt nie wiedzy, ale silnych postaw właśnie. I dlatego tak miło mi było wsłuchiwać się w "Tupot małych stóp". To tam zobaczyłem w jaśniejszych barwach przyszłość naszego ruchu i przez chwilę stałem się częścią tej ogromnie cennej "kuźni charakterów", jak postała "na wzgórzu".
Pakując przed wyjazdem plecak, ani przez chwilę nie wątpiłem, że kurs organizowany przez dh Martę Drozd (komendantkę "Tupotu") będzie stał na wysokim poziomie. Tylko silne charaktery potrafią uformować podobnych do siebie ludzi. To przekonanie rozwiewało moje wątpliwości. A kursanci? Jak to kursanci: ogromny kocioł wspaniałych temperamentów, ciągły śmiech i radość. Po 2 tygodniach tworzyli zgrany i solidny zespół. Jak każda grupa kursantów byli jedyni w swoim rodzaju i szczególni.
Swój udział w kursie traktowałem jako honor i zaszczyt, a możliwość zasiadania w kręgu z "Tupotem" jako jedno z najważniejszych wyróżnień, jakie mnie spotkało w ostatnim czasie. Niezmiernie miłe to uczucie, kiedy ktoś uznaje, że Twoje umiejętności i wiedza jest o wiele ważniejsza niż 500 km, dzielące Cię od kursu. A zatem dziękuję zarówno kadrze, jak i wszystkim uczestnikom, dzięki którym otrzymałem "odznaczenie", którego żadnym rozkazem dostać nie sposób. Cieszę się, że mogłem uczestniczyć w budowaniu Waszej wspólnej przyszłości.